napoleoński umysł
 Oceń wpis
   

Nk.pl (dawniej Nasza-Klasa) coraz bardziej cienko przędzie. Według Megapanelu liczba unikalnych użytkowników na dzień dzisiejszy jest o 50% mniejsza niż w chwili największej popularności tego portalu. Czy to początek końca portalu, który zaangażował miliony? Miejmy nadzieję, że nie!

Pamiętam żart, który mówił: czym różni się Polska od USA? - tym czym Nasza-Klasa od Facebooka. NK to praktycznie pierwszy wielki portal społecznościowy w naszym kraju. Na naszych oczach dokonywała się największa transakcja sprzedaży liczona w setkach milionów złotych. Założyciele portalu z Maćkiem Popowiczem na czele, z dnia na dzień stali się multimilionerami. Było to najprawdopodobniej ich strzał życia.

Można mieć wrażenie, że to wszystko było kolosem na glinianych nogach. Brakowało przemyślenia, pewnej koncepcji. Ona do pewnego czasu była niemal doskonała. Ot każdy kto chce może założyć swoją wirtualną klasę i zrzeszyć w jednym miejscu całą swoją starą klasę. Eksperci mają wrażenie, że na tym należało się skupić. Było to unikalne. Może nie w skali świata, ale na polską skalę z pewnością był to pomysł innowacyjny. W pewnej chwili NK stało się portalem dla wszystkich. Czyli właściwie dla kogo? Tutaj rewelacyjnie radzi sobie jeden z polskich milionerów, czyli Rafał Agnieszczak. Jego pierwszym projektem (i jak dotąd największym sukcesem) jest Fotka.pl. Jest to portal rozrywkowy dla nastolatków. Podstawowym założeniem było ocenianie zdjęć innych użytkowników. Przede wszystkim jedna płeć oceniała zdjęcia drugiej płci. Pomysł ten chciała skopiować NK. Niestety z marnym skutkiem. Gdy operatorzy NK zrozumieli, że Facebook jest na polskim rynku realnym zagrożeniem, to chcieli jak najwięcej z niego skopiować. Wszystko jednak robiono bez głębszego przemyślenia. Genialny w swoim spostrzeżeniu był bloger i biznesmen Artur Kurasiński, który zauważył, że Gadu-Gadu i Nasza-Klasa (czyli po przemianowaniu GG i NK) straciły swoją tożsamość. Starano się skopiować jak najwięcej funkcji nie patrząc na procesy, które one za sobą niosą.

Czy to już koniec wielkiego Nk, które było ogromnym sukcesem w polskiej skali? Warto zauważyć to, co powiedział Paweł Fornalski (prezes platformy sklepowej IAI S.A.), że miał taki projekt jak NK (nazywało się to jakoś Stambuch), ale zrezygnował z tego na rzecz platformy. Uważał on, że taka platforma pozwoli mu uderzyć na świat i zdobywać zagraniczne rynki. NK ma szansę na sukces praktycznie tylko w polskiej skali. I to tak naprawdę zaczęło ograniczać największy swego czasu serwis społecznościowy. I nagle, gdy już uderzono o szklany sufit, zaczęto kopiować funkcje nie patrząc na procesy. Geniusz Nk tkwił właśnie w jej podstawowych funkcjach. Tak samo działa do dziś Fotka.pl. Również zaczęła się ona rozbudowywać, ale nigdy nie straciła z oczu swojego pierwotnego profilu. Czym dzisiaj jest NK? Ciężko to nawet nazwać. Zdecydowanie jest przerost formy nad treścią. Zaowocowało to utratą połowy unikalnych użytkowników.

Nie ma raczej co wierzyć, że Nk wróci do dawnej świetności. Ciekawe plotki pojawiły się na temat jej sprzedaży. Podobno walczą o nią zarówno WP, jak i Onet. Myślę, że coś takiego byłoby wielkim wydarzeniem w krajowej cyberprzestrzeni. Mogłaby nawet przebić przejęcie Wirtualnej Polski przez Grupę o2. W 2011 roku Nk ujawniło, że miało 75,3 mln zł przychodów. Jak jest teraz? Tego pewnie się nie dowiemy, bo spółka raczej nie wybiera się na giełdę. Połączenie z dużym portalem internetowym mogłoby nadać polotu Nk. Z pewnością takie połączenie zrobiłoby furorę. A co dopiero się stanie jak połączy się konto na Nk z kontem jednego z dużych portalu (włączając w to pocztę). W naszej polskiej skali taka firma byłaby niemal jak Google, która ma zarówno e-mail, jak i portal społecznościowy. Jestem ciekaw co wyjdzie z tych plotek!

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

Co jakiś czas pojawiają się rozmaite rankingi na temat najbardziej pożądanych pracodawców. Chyba już nikogo nie dziwi, że zawsze na czele rankingu jest Google. Gigant z Mountain View wygrał ostatnio kolejny, stworzony przez biznesowy serwis społecznościowy LinkedIn.

Drugą kwestią, która również nikogo nie dziwi jest fakt, że większość najbardziej pożądanych firm pochodzi ze Stanów Zjednoczonych. Jednak to, co mnie najbardziej zaskoczyło to wysokie pozycje stosunkowo nowych firm technologicznych takich, jak taksówkowy Uber, czy turystyczny Airbnb. Są to firmy, które nie działają na rynku długo. My Polacy, gdy o nich słyszymy, to głównie za sprawą rekordowo wysokich pakietów inwestycyjnych, które zgarniają. Tylko to, co naprawdę warto zauważyć, to takie powolne odwracanie trendu. Dawniej głównym zaszczytem było pracowanie w jednej z wielkich firm consultingowych. Dzisiaj również są one wysoko. Wychodzi jednak na to, że świetnie zyskują na popularności firmy technologiczne. Jest to świeży powiew takich rankingów.

Podium to: Google, Apple i mniej oczywisty Unilever. Ten ostatni nie jest tak dobrze znany zwykłym ludziom z nazwy, którą podano w rankingu. Jest to producent wielu osławionych marek spożywczo-kosmetycznych, jak chociażby Knorr czy Dove. Wart zauważenia jest również fakt, że zaszczytne piąte miejsce zajmuje nie kto inny, jak portal Marka Zuckerberga. Wszyscy potentaci z podium są znani masą. I najczęściej przez te masy są uwielbiane. Apple, swego czasu najdroższa firma na świecie, z pewnością chciałoby być pierwsze w każdym rankingu, gdzie tylko pojawia się jej nazwa. Jednak to Google zazwyczaj w tych rankingach wygrywa. Jest to wynik konsekwentnego, dobrego traktowania pracowników, dawanie dużej swobody, oraz uzyskiwanie statusu jednej z najbardziej innowacyjnych firm na świecie.

W biografii Steve'a Jobsa zauważono, że założyciel Apple dopiero chwilę przed śmiercią wybaczył ludziom z Google, że weszli na jego teren. Kiedyś miało być to oczywiste Google ma internetowe aplikacje z wyszukiwarką na czele, a Apple urządzenia. Pozycja Google, dzięki wprowadzeniu na szerokie wody Androida, oraz Chrome OS bardzo się umocniła. Nie wiem jakie odzwierciedlenie ma to względem chęci pracowania w tej konkretnej firmie. Jednak z pewnością wiele ludzi pomyślało o Google jeszcze cieplej, dzięki jego systemom operacyjnym. Firmy z czołówki tego typu rankingów są zazwyczaj doskonale znane. Najprawdopodobniej (nie licząc bardzo zacofanych krajów) mało kto nie słyszał o Apple czy Google. To świadczy o tym, jak potężne są te marki. Ma to z pewnością ogromny wpływ na to, że ktoś chce tam pracować.

LinkedIn celowo nie wprowadziło do rankingu siebie samej. Tworzenie rankingu polegało przede wszystkim na akcjach, których dokonają użytkownicy na stronach portalu. Z jednej strony było to odwiedzanie wizytówek gigantów, a z drugiej ilość wciśniętych followersów. Myślę więc, że takie badanie jest miarodajne. Świadczyć może o tym również to, że nie jest on jakoś bardzo różniący się od innych rankingów.

A czy Ty chciałbyś pracować w Google lub Apple? Na pewno jest to duży prestiż, wysoka jakość pracy i piękny wpis w CV. Jednak jeśli chcesz się jeszcze przy okazji wzbogacić, to powinieneś szukać młodej firmy z wielkim potencjałem. Wtedy jest olbrzymia szansa otrzymać opcje na akcje, które za kilka lat będą warte miliony. Oczywiście możesz wybrać też trzecią drogę i samemu otworzyć takie przedsiębiorstwo, w którym inni marzą pracować. Trzeba tylko przyznać, że taka praca dla Google jest bardzo kusząca :).

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

Chociaż w ostatnich latach trafiały się takie smaczki jak Kac Wawa, którego Borys Szyc sam potem się wstydził, to jednak stwierdzam, że z polskimi filmami jest coraz lepiej! Ostatnio widziałem Miasto 44 i Służby specjalne. Mimo, że było to nieco inne kino względem siebie, to jednak widać w nich jakość.

Wreszcie polscy filmowcy wzięli się za siebie :). Było słychać głosy, że polski film umarł po PRLu. Nawet wybitny wokalista Krzysztof Grabarz Grabowski śpiewa w jednej z piosenek: jest tu coś, co trzyma mnie tym bardziej polskie filmy biało-czarne. Pamiętam jak jeszcze zaglądałem do magazynu z programem telewizyjnym TeleTydzień (tak to oni przyznają Telekamery), to pojawiło się stwierdzenie widzowie płaczą na polskich komediach. Czy było aż tak źle? Najlepiej można było to zobaczyć w serwisie Filmweb jak oceniali te filmy sami internauci. Na dzień dzisiejszy jest to chyba najrzetelniejsze źródło wiedzy informujące o polskich filmach.

Co ciekawe za jakością współczesnego kina idzie oglądalność! Filmy są świetnie oceniane. Działa poczta pantoflowa, gdzie ludzie polecają sobie konkretne produkcje. Może do Hollywood jeszcze nam daleko, ale mam swoje własne polskie kino. Dla mnie na przykład drażniące jest to, że w Ameryce ckliwe historyjki muszą kończyć się happyendem. Chyba nie wybaczę reżyserowi Hrabiego Monte Christo, gdzie Mercedes grała polka Dagmara Domińczyk, że zrobił z tego właśnie cudowną historię z happyendem. Nie chce zdradzać szczegółów, ale to zniszczyło całego ducha książki napisanej kilka stuleci temu. Ona miała konkretne przesłanie. A w ten sposób dostaliśmy kolejną łatwą i przyjemną bajeczkę.

Dwa wymienione przeze mnie filmy, które oglądałem ostatnio, czyli Służby specjalne i Miasto 44 mają zupełnie inną stylistykę, niż hollywoodzkie produkcje. Oczywiście są to zmyślone historie, ale umiejscowione w prawdziwych wydarzeniach. Z jednej strony mamy dramat wojny, gdy młodym ludziom przyszło się zmierzyć z czymś dla nich wcześniej niewyobrażalnym. W drugim filmie mamy już współczesność, gdy likwidowane są Wojskowe Służby Informacyjne. I choć wydarzenia ze Służb wydają się być zbliżone, do tego co znamy z najnowszej historii, to jednak ma się nadzieję, że to nie wygląda aż tak makabrycznie. A może jest jeszcze gorzej? Nad tą refleksją musisz się już drogi czytelniku sam zastanowić, gdy obejrzysz ten film. Wracając do miasta, to zadziwia rozmach z jakim jest stworzony ten film. Jest mnóstwo gruzu, ognia i doskonały dobór aktorów. Chociaż starszych widzów może zadziwić scena miłosna w rytmie dubstepu :).Po obejrzeniu tych dwóch najświeższych produkcji stwierdzam, że z polską kinematografią dzieje się dobrze!

A do kin wszedł już kolejny hit - Bogowie. Minęło zaledwie dziesięć dni, a już mamy ponad 720 tys. widzów. Z przyjemnością wybiorę się na fabularyzowaną historię człowieka-legendy. Wielki podziw wzbudza u mnie postać Tomasza Kota. Jest to aktor, który ma niezwykły kunszt. Szczególnie przypadł mi do gustu, jako odtwórca roli Ryśka Riedla w filmie Skazany na bluesa. Cieszę się, że to on podjął się stworzenia kreacji Prof. Religi. Zapowiada się, że film ten będzie prawdziwym hitem. Jeszcze na nim nie byłem, ale po tym co się dowiedziałem na jego temat, to myślę, że warto aby mu się to udało.

Quo vadis polski filmie? Tego pewnie sam nie wiesz, ale wierzę, że wszedłeś na dobre tory! Film to wspólna praca wielu ludzi. Widać, że wreszcie dobrze im się ze sobą współpracuje. I za tę współpracę trzymam serdecznie kciuki! Oby powstało jak najwięcej wybitnych i kasowych filmów!

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

Od jakiegoś czasu mówi się o projekcie Mateusza Kusznierewicza. Polski olimpijczyk wykrył u samego siebie potrzebę, którą postanowił zaspokoić. Pomysłem tym okazała się ramka na zdjęcia w wersji 2.0. Sportowiec podszedł do sprawy naprawdę profesjonalnie! Zdobył świetnych partnerów i przygotowali oni dość innowacyjny jak na Polskę produkt.

Oczywiście nie jest tak, że wcześniej nie było tego typu rzeczy dostępnych w sprzedaży. Jednak okazuje się, że najczęściej były one bardzo skomplikowane. Tutaj widzę sporą analogię do Steve'a Jobsa! Każdy kto interesuje się światem nowych technologii wie, że smartfony pojawiły się dużo wcześniej niż iPhone. Często były one jednak brzydkie i skomplikowane w obsłudze. Swój smartfon miała Nokia, czy Microsoft. Jednak to dopiero Jobs sprawił, że okazało się to prawdziwym hitem sprzedażowym. W nieco mniejszej skali może się to udać zespołowi Kusznierewicza. I aż podziw bierze, że w Polsce powstają tak proste, a jednocześnie tak innowacyjne w swojej skali produkty!

Jak mówił sam olimpijczyk w wywiadzie dla Wirtualnej Polski, potrzebę dostrzegł pod wpływem chwili. Robił on zdjęcia na wakacjach swojej córce. Chciał jak najszybciej pokazać to swoim rodzicom. Jednak jak zauważył jego mama używa starego telefonu z klawiaturą, a tata sprawdza e-maila tylko wieczorami. On chciał, aby wybrane zdjęcia trafiły do nich jak najszybciej. I tutaj pomysł, aby stworzyć dedykowaną aplikację na smartfony i urządzenie podłączone do internetu, które będzie odbierać nowe zdjęcia w czasie rzeczywistym. I tak jego rodzice mogliby zobaczyć zdjęcia po minucie od ich wysłania. Genialne! Co za tym idzie powstały aplikacje zarówno na iOS, Androida i Windows Phone.

Dzięki zauważeniu potrzeby Kusznierewicz wiedział jak działać. I tak znalazł sobie naprawdę dobrych partnerów. Z jednej strony jest to większościowy udziałowiec tego projektu, czyli GoClever. Dał on temu pomysłowi kontakty z chinami, dzięki czemu Zoomka nie kosztuje 500 zł, tylko w podstawowej wersji o połowę taniej. Z drugiej strony pojawili się magicy z DICE+, twórcy słynnej kostki do gry dedykowanej smartfonom. Zapewnili oni design, oraz zaprojektowali hardware. A jako wisienkę na torcie należy dodać największego gracza biorącego udział w tym przedsięwzięciu, czyli T-Mobile. Dzięki temu realne stało się, że Zoomka stanie się elementem nowych ofert abonamentowych telekomu.

Do kogo przede wszystkim jest adresowany ten projekt? Pierwsza myśl jest taka, że to doskonały prezent! Dziecko może ją kupić swoim rodzicom lub dziadkom. Będą mogli oni prędko podłączyć Zoomkę i postawić w odpowiednim miejscu. Dzięki temu bardzo szybko dostaną zdjęcia od swoich dzieci/wnuków. A ta szybkość jest przecież największą zaletą tego projektu! Z drugiej strony to po prostu ładne rozwiązanie, które w niemal każdym domu będzie się doskonale prezentować.

Są już dwie wersje tego urządzenia: z wifi, oraz 3G. Ta pierwsza będzie kosztować końcowego klienta 250 zł, a druga 350 zł. Za namową T-Mobile zainstalowano tam również router. Może to okazać się bardzo dobrym pomysłem przy sprzedaży tego urządzenia przez telekom. Warto obserwować jak sprzęt przyjmie się w Polsce. Od tego będzie z pewnością zależeć jego zagraniczna ekspansja. A myślę, że Zoom.me ma w swojej skali potencjał, aby stać się tak hitowym urządzeniem jak smartfon. Życzę powodzenia!

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
Made In Poland 2014-10-20 18:45
 Oceń wpis
   

Jeden z poczytnych serwisów ekonomicznych opublikował artykuł na temat produkowanych w Polsce wyrobów. Na tym blogu poświęcam dużo miejsca polskim firmom (głównie tym innowacyjnym), dlatego chciałem pokazać moje spojrzenie na tę sprawę. Czy polski produkt to obciach czy szczyt dumy?

Autor artykułu słusznie zauważa, że zależy to od produktu. Polska kiełbasa jest chętnie widziana. Gorzej jest z polskim notebookiem. Z czego to może wynikać? Pewnie z konkurencji. Polska kiełbasa jest produktem tradycyjnym zakorzenionym w naszych umysłach od lat. Już dawno stwierdzono, że obok wódki jest to towar najbardziej kojarzony z Polską. Czy komputery kojarzą się z Polską? Raczej nie mamy takiego światowego brandu jak Sony, Toshiba, czy Samsung. Ale czym właściwie polskie komputery mogą się różnić od tych wielkich marek? Przecież mają te same podzespoły, które trafiają do nas z Chin. Brakuje im praktycznie tylko wielkiego brandu. A przecież wielka marka, to na dzień dzisiejszy jedna z najdroższych rzeczy w majątku firmy.

Wielki rozwój widać w przypadku tabletów. Tutaj jednak warto zauważyć coś, co ma być punktem zwrotnym tego artykułu. A jest to fakt, że im mniej w komunikacji marketingowej polska firma pokazuje, że jest polska (przynajmniej ta technologiczna lub luksusowa), tym lepiej dla niej! I tutaj warto odnieść się do polskich producentów elektroniki takich, jak Manta, GoClever, czy Prestigio. Na pierwszy rzut oka kupującemu nie wydaje się, że są to polscy producenci. Mają te same podzespoły, ten sam system operacyjny (Android), oraz światowo brzmiącą markę. I tak można sobie pomyśleć, że to firmy z USA lub Europy Zachodniej. Dla wielu osób jest to niespodzianka, że te produkty tworzą Polacy. Innym przykładem jest firma Wittchen. Również wiele osób jest w szoku, że jest to polski producent. Co prawda ostatnio torby tego przedsiębiorstwa trafiły do jednego z większych dyskontów, przez co mogło stracić nieco na prestiżu.

Z drugiej strony jest tradycja. I chociaż większość dzisiejszych wódek, czy banków nie znajduje się w rękach Polaków, to jednak odwoływanie się do tradycji jest w nas głęboko zakorzenione. Podobnie jest z wielkimi producentami piwa. Zostały one przejęte przez wielkie światowe brandy. A sam Jan Kulczyk wymienił własność Kompanii Piwowarskiej na akcje przejmującego ją koncernu SABMiller. Na dzień dzisiejszy jest to jedno z jego najdroższych aktywów. Jest wiele firm, które tradycjami odwołują się do minionego systemu. Z pewnością będą one jeszcze latami czerpać z tej spuścizny.

Tworząc dzisiaj firmę (przede wszystkim tę nowoczesną lub luksusową) warto jednak jak najmniej pokazywać komunikacją marketingową, że jest ona polska. Powinno się niemalże od początku tworzyć światowy brand. Sporym problemem może tutaj być domena internetowa o rozszerzeniu .com. Tak zwani domeniarze oszaleli na punkcie kupowania ładnie brzmiących adresów. Przez to trudno znaleźć dobrą i profesjonalną nazwę, która pozwoli uderzyć z czasem na cały świat. Można oczywiście zrobić tak, jak Grupa Brainly, która przecież na początku nazywała się Zadane.pl, a dopiero potem zmieniono nazwę na światowo brzmiące słowo.

Cały czas czekamy, aż na horyzoncie pokaże się polska Nokia. Skoro w Finlandii szło zrobić producenta telefonów, który swego czasu był absolutnym numerem 1 na całym świecie, to dlaczego wielka, międzynarodowa firma nie miałaby powstać również u nas. Wielka nadzieja jest w aplikacjach internetowych. Coraz częściej ich producenci mają coś więcej do powiedzenia niż tylko skopiowanie ciekawych pomysłów z zachodu. Wierzę, że polska Nokia pojawi się w następnej dekadzie!

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

Faktem stało się, że kilka dość znanych funduszy, które inwestowały między innymi w słynne airbnb, zainwestowało w polski start-up. Kwota jest niebagatelna, jak na nasze warunki, bo wynosi 30 milionów złotych! No to się dzieje.

Brainly, bo o nim mowa działa od 2009 roku. Na początku nazywało się swojsko Zadane.pl. Szybko jednak trzeba było zmienić nazwę, ponieważ twórcy poczuli światowe aspiracje. I tak dzisiaj firma działa w kilkunastu krajach. Łącznie ze Stanami Zjednoczonymi. Myślę, że jest to dla nas Polaków wielka duma narodowa.

Na koniec września oszacowano 30 milionów użytkowników. To jednak dopiero początek planów przedsiębiorczych Polaków. W krótkim czasie, dzięki inwestycji chcą dojść do 100 milionów użytkowników. Natomiast w przeciągu kilku lat ma ich być nawet kilkaset milionów. A to wszystko ma umożliwić inwestycja znanych funduszy inwestycyjnych. Na dobry początek Brainly chce otworzyć biuro w Nowym Jorku i bardziej skupić się na dojrzałych rynkach.

Nie podano ile udziałów, za wspomniane 30 milionów złotych, obejmą fundusze. Jedno jest pewne w polski start-up uwierzyli naprawdę duzi gracze. Sami twórcy Brainly przyznają, że na razie bardziej niż na monetyzacji zależy im na zasięgu. Chcą stworzyć bardzo dobrą usługę. Lidera branży social learning! Twórcy uważają, że właśnie tak na początku robił Facebook, a do dzisiaj robi tak Twitter. Chociaż z drugiej strony nie jestem przekonany czy ta droga jest w stu procentach słuszna. Firma, która nie ma odpowiednich przychodów i bazuje przede wszystkim na pieniądzach od inwestora raczej długo nie pociągnie. Oczywiście nie uważam, żeby to czekało Brainly, ponieważ jego twórcy mają sporo pomysłów jak zmonetyzować swoją platformę. Z jednej strony są to oczywiście wszędobylskie reklamy. Z drugiej strony mogą pobierać opłatę, aby reklamy nie były wyświetlane. Inną drogą są płatne treści, oraz prowizje od korepetytorów. Także możliwości jest dużo. Choć pewnie będą one wdrażane stopniowo, wraz ze wzrostem zasięgu.

O Brainly słyszy się w mediach coraz częściej. To jeden z nielicznych polskich start-upów, który działa w tak wielu krajach. A trzeba przyznać, że z tym Polacy mają ogromny problem. Robią platformy, które osiągają sukces na polskim podwórku. Nie idą dalej. Trzeba jednak przyznać, że należałoby się czymś wyróżnić. Natomiast polskie serwisy często są kalką czegoś, co już świetnie funkcjonuje na świecie. Jednak tacy ludzie jak Paweł Fornalski z platformy sklepowej IAI Shop, czy Michał Sadowski z Brand24, czy oczywiście wspomniani twórcy Brainly, utwierdzają mnie w przekonaniu, że są firmy, które potrafią w internecie walczyć o najwyższe stawki. I oby było ich jak najwięcej!

Twórcy opisywanego start-upa z jednej strony przyznają, że praktycznie konkurencją jest dla nich tylko Wikipedia. Z drugiej strony mówią, że u nich występuje akcja i reakcja, czyli coś odmiennego, niż encyklopedyczne wpisy Wiki. Jednak mój podziw wzbudza takie zestawianie ze sobą projektów. Konkurować skutecznie z Wikipedią, to dopiero wyczyn!

Szczerze wierzę w to, że dzięki inwestycji Brainly osiągnie w kilka miesięcy pułap 100 milionów użytkowników. To jest naprawdę ambitny cel. Jednak tylko takie naprawdę kręcą. Trzeba postawić sobie wyzwanie i walczyć o to, w co się wierzy. Jak do tej pory twórcy Brainly pokazali, że swoje cele potrafią świetnie realizować. Stąd zainteresowanie dużych, światowych funduszy inwestycyjnych. Trzymam kciuki!

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
Co z tymi skrzydłami? 2014-10-08 22:41
 Oceń wpis
   

Jak powszechnie wiadomo: prawników w Stanach jest więcej niż na całym świecie razem wziętym. To pewnie sprawiło, że ktoś postanowił rzucić wyzwanie wielkiemu Red Bullowi. Pojawił się zarzut, że firma ta tworzy nierzetelną reklamę.

Chodzi oczywiście o słynne hasło Doda Ci skrzydeł. Pewien Amerykanin, mimo pica przez 10 lat tego napoju energetycznego, stwierdził, że nie widzi u siebie żadnej poprawy koncentracji i wydajności. Doszedł więc do wniosku, że został wprowadzony w błąd :). Wychodzi na to, że sprawa jest dość poważna, ponieważ Red Bull zdecydował się iść na ugodę. W zamian za odstąpienie od procesu zaoferował specjalny fundusz, który zaoferuje łącznie 13 milionów dolarów poszkodowanym. W praktyce oznacza to, że jeśli się udowodni, że jest się poszkodowanym, to można dostać albo 10 dolarów, albo 2 puszki napoju.

Mimo to Red Bull idzie w zaparte mówiąc, że zdecydował się na ugodę, aby uniknąć kosztów i przeciągania sprawy. W oświadczeniu napisano: "Nadal twierdzimy, że nasze etykiety i reklamy były prawdziwe i precyzyjne. Zaprzeczamy jakiejkolwiek winie z naszej strony". Jakby nie patrzeć to jak właściwie miał postąpić Red Bull? Przyznać się, że kłamał w reklamach? Na to nie może się zdecydować żadna poważna firma.

Warto zauważyć, że Red Bull to niewyobrażalna machina marketingowa. Reklamy tej firmy są od lat charakterystyczne i działają tak, jak powinny. Inaczej po prostu by je zmieniono. Oprócz doskonałych reklam Red Bull to przede wszystkim sponsoring i imprezy własne. Sponsorowani to chociażby skoczkowie narciarscy, natomiast imprezy własne to na przykład pokazy akrobacji samolotowych. Trzeba przyznać, że jest to wszystko doskonale zorganizowane. W swojej kategorii to jedna z najsilniejszych marek.

Totalne zamieszanie na polskim rynku zrobił napój Tiger, jeszcze wtedy tworzony przez Gellwe (aktualnie Michalczewski przeniósł prawa do marki na Maspex, a Gellwe robi Black). Myślę, że elementem składowym sukcesu była przede wszystkim niższa cena. Dostawało się więcej za mniej. Oczywiście pomysł z plastikowymi butelkami również świetnie trafił w nasz rynek. Z czasem wiele firm zorientowało się, że to praktycznie tylko słodzona woda, która zawiera kofeina. Okazało się, że coraz więcej marek zaczęło pojawiać się na rynku. Przykładem zaadaptowania tego konceptu mogą być dyskonty, które mają nawet marki własne.

Polska konkurencja Red Bulla nie obiecywała, że zwiększy koncentrację. Chociaż bezprecedensową sytuacją byłoby oskarżenie któregoś z polskich producentów napojów energetycznych o kłamanie w reklamach. Oni jednak podchodzą do reklamowania swoich napojów bardziej lifestyleowo. Z resztą nie ma się co okłamywać, że w Polsce taki proces miałby jakieś większe szanse. A nawet jakby coś takiego się rozpoczęło, to z pewnością trwało by latami i odszkodowanie byłoby symboliczne.

Napoje energetyczne, to tak jak napisałem słodzona woda, więc nie ma raczej co oczekiwać, że poprawią koncentrację. Jednak jak powszechnie wiadomo USA jest krajem absurdów. Skoro mogą istnieć trolle patentowe, które wyłudzają grube miliony za opatentowanie oczywistych pomysłów. Tak mogą istnieć osoby, które mają pretensję do Red Bulla, że nie dodał skrzydeł.

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
Deskorolkowy biznes 2014-10-07 14:44
 Oceń wpis
   

Jako, że za młodziaka byłem jednym ze współautorów oficjalnej polskiej strony o serii gier z Tonym Hawkiem w nazwie -  postanowiłem napisać jak deskorolka ma się pod kątem biznesowym. Zdarzyło mi się popełnić artykuł o tym jak radzą sobie raperzy-biznemen.i  Dzisiaj napiszę o profesjonalnych skaterach. Skater to oczywiście mistrz deskorolki. Szczególnie interesować mnie będzie postać legendarnego Tonyego Hawka.

Tony Hawk, to bardzo młody emeryt. Jak przystało na sportowca prawdziwą oszałamiającą, stricte sportową karierę można robić do pewnego czasu. Potem jest się już na to za starym i trzeba ustąpić miejsca młodszym zawodnikom.

Warto zauważyć, że kultura jazdy na deskorolce jest nieco inna w Polsce niż w Stanach Zjednoczonych. Chodzi głównie o całą otoczkę wokół tego sportu. U nas ten sport silnie zidentyfikował się z tak zwaną kulturą hip-hopową. Natomiast w Stanach kojarzy się to bardziej z muzyką rockową czy punk-rockową, a hip-hop jest miłym akcentem dodanym. Jakoś się to stało, że w Polsce kultura hip-hopowa wchłonęła deskorolkowy sport. Powszechne jest to, że większość raperów w młodości jeździło na deskorolce.

Kim jest Tony Hawk i czemu jest tak bardzo sławny nie tylko w swoim kręgu? To jeden z najwybitniejszych deskorolkarzy w historii! To on jako pierwszy obrócił się w skoku na rampie o 900 stopni! Jednak to, co sprawiło, że jest to powszechnie znane nazwisko jest, to fakt współpracy z firmą Activision. Wszystko zaczęło się pod koniec XX wieku, gdy wydano na konsole Nintendo 64 i PlayStation (tę pierwszą wersję zwaną przez graczy PSXem) grę Tony Hawk's Pro Skater. Był to symulator jazdy na deskorolce. Wybierano sobie zawodnika (głównie z tych postaci, które naprawdę istnieją). Następnie można było wykonywać triki przez 2 minuty. Dla uatrakcyjnienia rozgrywki wymyślano różne zadania, które należało pokonać, aby odkryć kolejne plansze. Mogło to być oprócz nazbierani odpowiedniej ilości punktów za triki, na przykład uzbieranie literek składających się na wyraz SKATE.

W miarę rozwoju technologii powstawały kolejne odsłony tej gry. Z czasem dodawano takie właściwości, aby wydłużyć robienie triku, jak na przykład tzw. manual, czyli jazda na dwóch kółkach, która pozwala przejechać między jedną rurką, na której się ślizga, na drugą. W miarę rozwoju serii zmienił się nieco tryb rozgrywki. Jedno się jednak nie zmieniło robienie trików było za łatwe! Przez to gra była dość odrealniona i przypominała raczej sprytnie stworzoną zręcznościówkę, a nie symulator. Był to spory zarzut wśród deskorolkarzy. Jednak trzeba przyznać, że ludzie pokochali serię gier o Tonym Hawku i jego kolegach.

Tony Hawk i jego kumple zarobili pokaźne sumy na udostępnieniu swych nazwisk. A to przecież nie jedyny sposób na dochód! Z drugiej strony są kontrakty sponsorskie od firm robiących ubrania czy sprzęt. Co ciekawe wielu z najpopularniejszych skaterów otwiera własne firmy z tej branży. Trzeba przyznać, że to świetny sposób na na inwestowanie zarobionych pieniędzy.

Marketingowy zmysł Tonyego Hawka bardzo mu się opłacił. A samo Activision specjalnie przygotowało drugi oddział swojej firmy nazwany Activision 2, w której robiło gry o sportach ekstremalnych, jak jazda na bmxach, czy surfing. Oczywiście inne gry nie powtórzyły sukcesu, jaki odniosła seria z Tonym Hawkiem. Sam fakt jest jednak wart odnotowania. Activison z pewnością wyszło na tym przedsięwzięciu bardzo korzystnie. Jak widać na byciu profesjonalnym skaterem da się zarobić!

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

Wygląda na to, że twórca hitowej gry Angry Birds fińskie Rovio zmniejszy liczbę zatrudnionych osób. Będzie to zmniejszenie liczby pracowników o 16 procent, czyli 130 osób! Jak mówią właściciele firmy nie rozwija się ona tak szybko jak liczyli. Czy oznacza to, że rynek domaga się kolejnego hitu na równi z ptaszyskami?

Jeśli chodzi o karierę, którą może osiągnąć gra, to Angry Birds osiągnęło naprawdę wiele. Co najważniejsze ich postacie z gry stały się elementem popkultury! Każdy z nas spotkał się z gadżetami mającymi w sobie elementy z gry. Maskotki lub koszulki stały się rzeczywiście bardzo popularne. Już niebawem na ekrany kin trafi film animowany poświęcony postacią z gry.

Nie wiem drogi czytelniku czy zdajesz sobie sprawę na czym polega rozgrywka w grze stworzonej przez Finów. Mówiąc bardzo oględnie wpadli oni na genialny pomysł. Na początek stworzyli grę głównie na smartfony i tablety. Jej sposób działania był prosty. Strzela się z procy, której jako kamień służą ptaki. Strzela się do rozmaitych budowli. Ptaki mają różne właściwości, więc można poszaleć. Jeśli nie przejdzie się jednego poziomu to nie można przejść do następnego. Rovio stworzyło bardzo dużą aplikację w wokół wydawałoby się prostej idei. I do pewnego czasu maszynka działała świetnie...

Wpływy w zeszłym roku były na poziomie 156 mln Euro. Natomiast zysk operacyjny wynosił 36,5 mln euro. Nie robi to wielkiego wrażenia. Twórcy grupy King, o której już pisałem na tym blogu - w zeszłym roku mieli 1,9 mld dolarów wpływów. Wyniki Rovio nie robią wrażenia! Można mieć odczucia, że model aplikacji został trochę wyeksploatowany. Pierwsza wersja programu pojawiła się już w 2009 roku. To pięć lat temu!

Twórcy Angry Birds powinni wymyślić coś nowego. To, że stworzy się to samo w nowym opakowaniu, czyli na przykład strzelanie z procy w scenerii Gwiezdnych Wojen, to jeszcze nie jest sposób na powtórzenie wielkiego sukcesu. Trzeba przyznać, że są jeszcze miliony pomysłów, które nawet wykorzystano już wcześniej. Tak się zastanawiam czy dobrym rozwiązaniem zarówno dla Rovio, jak i innych deweloperów nie było sięganie do klasyki. Powstało mnóstwo prostych gier na takie platformy jak chociażby słynne Commodore 64. Nie musi to być zaraz kopia Arkanoida czy Tetrisa. Pomysłów było już sporo!

Można oczywiście pokusić się o samodzielne stworzenie kolejnego wielkiego hitu. Skoro 16% osób z tej firmy stanowi 130 pracowników, to ilu sprytnych ludzi musi tam nadal pracować! To niesie za sobą ogromny potencjał. Strzelanie z procy to był prosty pomysł. Jednak jak pokazują sukcesy zarówno Rovio czy Kinga, to właśnie na prostych pomysłach to wszystko bazuje. No chyba że pomyśli się o bardziej skomplikowanych aplikacjach, jak na przykład Farm Ville od Zyngi. Może to również jest dobry kierunek!

Mimo wszystko wierzę w to, że Finowie nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. W tej branży jest niewyobrażalny potencjał! Jednak twórcy gry idą też w innym kierunku. Połowa ich zysków stanowią wpływy ze sprzedaży licencji na maskotki, czy inne gadżety. Tego na taką skale nie udało się nikomu osiągnąć. Widać jednak nie jest to, aż tak dochodowe jakby się mogło wydawać. Więc teraz należy czekać na kolejny wielki hit od Rovio! Trzymam kciuki!

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

Już jakiś czas temu pisałem, że nowy prezes Microsoftu Satya Nadella zapowiedział, że Windows będzie jeden. To oznacza, że zarówno dla komputerów stacjonarnych, przenośnych, tabletów czy nawet Xboxa będziemy mieli do czynienia z jednym system operacyjnym. Wczoraj dowiedzieliśmy się, że projekt ten nazwano Windows 10 i zaprezentowano jego wersję deweloperską.

Już w tytule tego artykułu zaznaczyłem, że pominięto w numerowaniu wersję 9. Ten ruch jest celowy. Założeniem Microsfotu jest podkreślenie, że jest to zupełnie nowe rozdania. Nowa generacja. Jak piszą dziennikarze Windows 1 już był, więc wybrano dziesiątkę. Sama nazwa nie jest aż tak bardzo istotna względem tego co niesie za sobą to oprogramowanie. Aczkolwiek taki akcent dodaje nowej świeżości.

Do najważniejszych zmian zaliczyłbym przede wszystkim powrót do starego, dobrego menu start, oraz zdecydowanie się na wirtualne pulpity. W tym odniesieniu można dojść do wniosku, że aby iść do przodu Microsoft musi się cofać. Jednak tak czasem bywa z technologią! Menu startu było strasznie lubiane przez użytkowników. Pojawiło się ono najprawdopodobniej wraz pierwszymi wersjami Windowsa. Było to nierozłączny element tego oprogramowania. Wraz z Windowsem 8 i jego następcą 8.1 praktycznie zrezygnowano z tego rozwiązania. Jak jednak widać Microsoft uczy się na błędach i wyciągnął lekcję ze swego postępowania. Wirtualne pulpity są doskonale znane użytkownikom Linuxa i przez jakiś czas były dostępne na Macu. Myślę, że dopiero jakiś dłuższy czas po premierze przekonamy się czy zostaną one zaakceptowane przez użytkowników Windowsa.

Wygląda na to, że Windows 10 trafi na rynek już w przyszłym roku. Microsoft z pewnością liczy na to, że będzie to hit jak za czasów XP. Problemem może okazać się coraz większa konkurencja. Należy zauważyć, że MS postanowił zrezygnować z tworzenia wielu różnych systemów operacyjnych. Tak, jak już pisałem teraz będzie jedna 10tka. A to oznacza, że Microsoft ma jakieś kilkanaście procent udziałów w rynku. Tak naprawdę nie wiadomo jak daleko sięgnie ekspansja Google. Z jednej strony tworzy ono udanego Androida, z drugiej strony powstają chromebooki z systemem operacyjnym Chrome OS. Wygląda na to, że Apple również nie powiedziało ostatniego słowa.

Microsoft jeszcze przez wiele lat pozostanie gigantem, z którym trzeba się liczyć. Przykładem może być niedawna transakcja przejęcia Nokii, która niesie za sobą uśmiercenie tej marki. Gigant z Redmond to gracz pierwszej ligi, a odejście ze stanowiska Steve'a Ballmera okazuje się paliwem do działania całej korporacji.

Czasy, w których większość urządzeń była wyposażona w system operacyjny Windows, powoli się kończą. Pozycja Microsoftu nadal jest bardzo silna, ale to nie ten okres, w którym na stacjonarkach królował Windows 98 i XP. Krok, na który się zdecydowano (jeden system na wszystkie platformy) może się okazać strzałem w dziesiątkę. Kto wie może nieświadomi twórcy właśnie to chcą dać nam do zrozumienia.

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 


Najnowsze komentarze
 
2017-11-20 07:05
angling do wpisu:
Wśród dużych graczy e-commerce
Amazan w ogóle do mnie nie trafia... co chciałem coś kupić to akurat nie było dostawy do Polski[...]
 
2016-10-06 09:48
MateuszCzech do wpisu:
Cudze chwalicie swego nie znacie!
Cześć Paweł! Dzięki za tak wiele miłych słów na temat Brand24 - to dla nas bardzo budujące i[...]
 
2016-04-11 19:43
ostatniKlient do wpisu:
Co dalej z Allegro?
allegro strzela sobie w kolano, już sami zaczęli sprzedawać jako GRUPA ALLEGRO taniej od swoich[...]
 




Kategorie Bloga



Ulubione blogi