napoleoński umysł
 Oceń wpis
   

Newsem dnia jest oficjalny komunikat w sprawie wielkiego przejęcia. Jakiś czas temu publikowałem na tym blogu plotki na ten temat. Na chwilę obecną od finalizacji tej transakcji dzieli nas tylko decyzja UOKiK. Jaka jest kwota transakcji? Jakie są szczegóły? Tego na razie nie wiemy. I jest mała szansa, że się dowiemy. Wiemy jednak coś innego...

W oficjalnych komunikatach ze strony Onetu możemy zauważyć, jak podkreśla on wagę portalu NK, jako serwisu gamingowego. Wygląda na to, że Onet chce poszerzyć swoje portfolio w zakresie gier online. Czy to jest warte kupowania NK? Z pewnością NK przegrało z Facebookiem. Możliwe, że pójście w stronę serwisu z grami było najlepszym ruchem, na jaki mogli się zdecydować twórcy. Ja jednak jestem przekonany, że po prostu uzyskano przerost formy nad treścią. I w pewnym momencie Facebook stał się po prostu wygodniejszy. Był moment, w którym praktycznie NK chciało tylko kopiować ruchy dużych graczy. Jak chociażby tworząc odnogę portalu podobno do Twittera (śledzik), czy dodając trochę usilnie komunikator NK Talk. Z pewnością gdyby zachowano pierwotną ideę, która miała zrzeszać ludzi ze szkolnej ławy po latach, to dzisiaj NK nie musiałoby się ratować serwisem gamingowym. Jednak to ten potencjał oficjalnie widzi Onet w zapomnianym nieco portalu.

Jak wynika ze statystyk Megapanelu: NK nadal ma wielu unikalnych użytkowników w miesiącu. Ich liczba sięga 5,2 miliona! Można podejrzewać, że Onetowi zależało również na tym, aby umocnić swoją pozycję w tym rankingu. Ilu unikalnych użytkowników przybędzie mu miesięcznie? Przekonamy się niebawem! Jednak można w ciemno typować, że nie wszyscy użytkownicy NK korzystają także z serwisów Onetu.

Jak bardzo by nie psioczyć na decyzje podjęte przez władze NK, to jednak cały czas jest tu potencjał. Jeśli Onetowi uda się sprytnie połączyć swoje serwisy z całym NK, to może jeszcze sporo na tym zyskać. W ekonomii, a często także psychologi mówi się o tak zwanym efekcie synergii. Wynika z niego, że jeśli połączymy dwie siły, to razem mogą osiągnąć one więcej niż osobno. Popularny jest tutaj zapis matematyczny 2 + 2 = 5. Wydaje mi się, że Onet ma szansę tutaj coś takiego uzyskać. I może jeszcze bardzo zaskoczyć cały rynek. Trochę dziwne jest dostrzeżenie w NK potencjału tylko jako serwis gamingowy. Trzeba pamiętać, że NK cały czas jest drugim co do wielkości portalem społecznościowym w Polsce!

Potencjał, jaki niesie za sobą połączenie dwóch tak dużych portali może być porównywalny do tego,co uzyskał Facebook wchłaniając Instagrama. Oczywiście skala jest tu zupełnie inna, ale baze mailingowe NK to jeszcze długo będzie olbrzymi potencjał! Warto pamiętać, ze swego czasu było na tym portalu kilkanaście milionów aktywnych użytkowników! Stanowiło to 90% pokrycia w polskim internecie! I choć dzisiaj baza aktywnych użytkowników jest mniejsza, to nadal jest to ogromna wartość.

Jaka jest suma transakcji nie wiadomo. NK nie jest spółką publiczną i nie musi informować o swoich dochodach i zyskach. Może się to zmienić w momencie gdy Onet ją przejmie. Zostają więc spekulacje. Krążą legendy, że swego czasu Maciej Popowicz, ze wspólnikami, otrzymali za 70% udziałów 220 milionów złotych! Czy dzisiaj NK jest tyle warta? Raczej nie. Jednak i tak transakcja ta będzie bardzo znacząca dla polskiego internetu. Ja cały czas wierzę, że Onet wykorzysta ten potencjał i wzmocni tą transakcją całą grupę!

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

Testy zaczyna platforma, którą firmuję korporacja, która najbardziej kojarzy nam się z reklamą w internecie, czyli Google. Już wielokrotnie próbowano zrobić coś ze wszędobylską reklamą. Pojawiły się nawet specjalne rozszerzenia do popularnych przeglądarek, które blokują ich wyświetlanie. Jest to jednak dwuznaczne moralnie. W końcu serwisy, z których korzystamy - w dużej części za darmo muszą na czymś zarabiać! Czy Google znalazło na to sposób?

Nowość, nad którą pracuje gigant z Mountaine View, nazywa się Google Contributor. Internauta ma dostać szansę wpłacenia czegoś na kształt abonamentu. Jeśli strona należy do programu, to nie zostanie nam wyświetlona reklama. Natomiast na podstawie aktywności internauty na poszczególnych stronach abonament zostanie podzielony między odwiedzane witryny. A nad wszystkim pieczę będzie sprawować Google firma, która największe dochody czerpie z reklam.

Na stronie projektu możemy zobaczyć proponowane abonamenty, jako 1, 2 lub 3 dolary. Nie wiem czy taka ilość gotówki wystarczy aby opłacić wszystkie strony, z których w każdym miesiącu korzysta użytkownik. W zamian ogromnych reklam, które coraz częściej zawierają wideo czy irytujące audio, pojawi się komunikat, że wsparliśmy stronę opłacając abonament. Wydaje się to krok niezbędny, ponieważ strony są projektowane tak, aby uwzględnić w nich przestrzeń na reklamę. W innym wypadku mogłyby się posypać. Oczywiście jest jeszcze druga opcja twórcy stron przygotują wersję z reklamą i bez niej. Wymagałoby to jednak sporo wysiłku dla setek tysięcy ludzi. W praktyce może być to niewykonalne na dużą skalę.

Ewidentnie widać, jak internet przestaje być darmowy. W Polsce przyglądaliśmy się jakiś czas temu powstaniu platformy Piano, która gromadzi teksty wielu popularnych wydawców. Opłaca się abonament i już można rozkoszować się do woli. Powszechnym stało się także sprzedawanie treści wideo online. Oczywiście są takie platformy, jak TVN Player, czy iPla, które udostępniają mnóstwo contentu w zamian za oglądanie reklam. Jednak długofalowo trzeba liczyć się z tym, że coraz więcej treści będzie płatnych. I tutaj naprzeciw temu problemowi pokazuje się nam Google. Firma, o trzeciej najdroższej marce świata.

Czy projekt Google Contributor okaże się sukcesem? Na razie do testów przystąpiło10 serwisów. To dobry początek! Może te trzy dolary miesięcznie to trochę za mało, aby napchać pieniądze do kieszeni tych, u których oglądamy treści. Jednak jakby to było 10 dolarów, to już jest w tym działaniu ogromny sens! Chociaż z drugiej strony reklama w internecie jest coraz droższa, a rynek reklamowy nieustannie się rozszerza. Co się stanie jak nagle te wszystkie wielkie firmy, których produkty codziennie kupujemy, stracą coraz bardziej znaczący kanał reklamowania się?

Oczywiście nie każdy przystąpi do projektu Google. Jednak jeśli okaże się on dochodowy, to gigant z Mountaine View może być w krótkim czasie jeszcze większym graczem. Mimo, że Google Glass pewnie nie będzie takim hitem, jak oczekiwał rynek. Mimo, że mam wrażenie, iż Google działa na wiele różnych frontach. To jednak rodzi się nadzieja na kolejną wielką zmianę w zasadach panujących w internecie. Z pewnością czymś takim było pojawienie się w sieci główne produktu Google, czyli wyszukiwarki. I tak może być z Contibuorem. Google już kilka razy pokazało nam, że potrafi namieszać w cyfrowej rewolucji naszej epoki To kwestia czasu, aż ktoś udoskonali model dystrybucji treści w internecie. Czy będzie to Google? Jest na to naprawdę duża szansa!

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

Wielka polska firma LPP chce wprowadzić do swojego portfolio marek - luksusowy brand. Twórcy zauważyli, że wyższej jakości rzeczy z dotychczasowych sklepów, takich jak Reserved czy House, schodzą na pniu. Drużyna Marka Piechockiego doszła do wniosku, że pora stworzyć markę luksusową, która na większej powierzchni będzie oferować wyższej jakości ubrania. Będzie się to wiązało z wyższą ceną. Czy na marce luksusowej da się zarobić tak jak na dotychczasowych sieciach?

Nic tylko czekać jak notowana na GPW spółka LPP ponownie zyska na wartości, dzięki ogłoszeniu planów. Firma jest na dzień dzisiejszy wyceniana na 12 miliardów (!) złotych i znajduje się w grupie WIG20. Swoją przewagę konkurencyjną zdobyła głównie dzięki marce Reserved. W czasach, gdy trwała walka między trzema wielkimi markami (Top Secret, House i Reserved), to właśnie LPP ją wygrało. Ostatecznie przejęło ono jednego z konkurentów (House). Pamiętam ten moment, kiedy wprowadzano markę Cropp. Jej założeniem było sprzedawanie rzeczy własnych oraz innych marek, pod brandem sklepowym Cropp Town. Jak widać idea ta ostatecznie nie przetrwała, ponieważ właściciele marki bardzo urośli. Bezsensem było dla nich promowanie nieswoich marek. Mohito i Sinsay, to jeszcze młode marki. Można jednak już dzisiaj dostrzec jak zdobywają one kolejne centra handlowe. Czy w tym bogatym portfolio jest jeszcze miejsce dla bardziej luksusowej marki?

Już w pierwszym kwartale 2016 roku ma się pojawić luksusowa marka. Oprócz cen sklepy będą się wyróżniać również większym metrażem(300-500 mkw.). Jak wynika z badań rynek towarów luksusowych ma się coraz lepiej. Zarówno w czasach prosperity, jak i kryzysu. Z większością marek luksusowych jest tak, że nawet gdy w cyklu koniunkturalnym mamy depresję, to one i tak rosną w siłę. W teorii ekonomii jest nawet takie zjawisko, jak efekt snobizmu. Podstawowe założenie jest takie, że im produkt jest droższy tym mniej klientów się na niego znajdzie. Jednak nie jest tak gdy w grę wchodzi wymieniony efekt snobizmu. Dotyczy on właśnie dóbr luksusowych. Jeśli cena rośnie, to ilość klientów również wzrasta. Jest to coś, co nakręca koniunkturę na dobra luksusowe. Zauważyli to właściciele LPP, którzy w swoich dotychczasowych brandach sprzedawali rzeczy, które nazwalibyśmy luksusowymi. Szły one jak świeże bułeczki!

Na sam początek LPP planuje we wspomnianym 2016 roku zawalczyć o gusta Polaków. To u nas ma się pojawić nawet 20 sklepów nowej marki. Jednak należy mieć świadomość, że spółka Marka Piechockiego jest firmą międzynarodową. Jeśli nowa marka okaże się sukcesem w Polsce, to z pewnością zobaczymy ją także w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, na Bałkanach, czy w Niemczech.

LPP jest właścicielem około 1.500 salonów o łącznej powierzchni 681 tys. mkw. Jak więc widać nowa marka będzie tylko przetarciem szlaku. Jednak z opinii ekspertów wynika, że na luksusowych markach da się zarobić. Chociaż dawno temu słyszałem porzekadło Na drogich rzeczach zarobisz najszybciej, na tanich najwięcej. Jednak skoro Fiat może być właścicielem Ferrari, to LPP może mieć swój luksusowy brand. Pytanie tylko jak bardzo będzie on luksusowy? Mówimy tu o rzeczach nieco droższych od tych znanych z poprzednich sklepów, czy markach, które są uważane za kwintesencję luksusu. Myślę, że chodzi tu bardziej o te pierwsze. Świadczy o tym ilość sklepów, które firma chce otworzyć w Polsce, oraz ich metraż. Warto zauważyć, że marki z najwyższej półki często mają po jednym sklepie w Polsce. Czuję, że nowa marka LPP okaże się wielkim sukcesem!

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

Jak być może wiesz, Drogi Czytelniku, popełniłem książkę pt. Zjedz konkurencję. Jej głównym zadaniem jest pokazanie, jak szybko i skutecznie można napisać oferty sprzedażowe na własną stronę lub aukcję internetową. Jednym z podstawowych problemów przed jakimi staje przyszły copywriter (osoba pisząca oferty sprzedażowe) jest podjęcie decyzji jak długa ma być oferta.

Jest kilka podejść. Te, które jest najczęściej stosowane przez wynajętych copywriterów - na potrzeby małych i średnich firm, to tworzenie bardzo, bardzo długich ofert. Mogą mieć one nawet powyżej dziesięciu stron. Czy ktokolwiek w ogóle to czyta? Zadaniem copywritera jest napisanie wszystkiego, co może być potrzebne klientowi. Twórca tekstu zakłada, że normalny człowiek jedynie przejrzy ofertę. Chce, aby w czasie tego przeglądania klient znalazł to, czego szuka.

Drugim podejściem, któremu osobiście winszuję jest tworzenie listu sprzedażowego. Polega ono na prowadzeniu klienta tak, jakbyśmy napisali do niego list. Na samym początku daje się nagłówek (to temat na osobny wpis), następnie wita się z klientem, aby kolejno wziąć się za akapity, w których prezentujemy swoją ofertę. Na końcu, aby upodobnić naszą ofertę do listu piszemy zwrot w stylu Pozdrawiam lub Do usłyszenia, oraz podpisujemy się.

Nie trzeba być zaraz wielkim marketingowcem, aby napisać skuteczny tekst. Najlepsza metoda, to pisanie swojej oferty tak, jakby się pisało do przyjaciela. Używamy wtedy jak najmniej zwrotów typu my, nasze. Skupiamy się bardziej na Twój, Twoje. To daje odczuć klientowi, że nam na nim zależy, a nie chcemy tylko zaprezentować, co posiadamy. W liście do przyjaciela nie generujemy mnóstwa trudnych, specjalistycznych słów, których czasem sami nawet nie rozumiemy. Musimy pisać jak najprostszym językiem. W amerykańskim copywritingu jest nawet zasada KISS, która po polsku jest akronimem Utrzymuj To W Prostocie Głupcze. Można pisać elaboraty ze specjalistycznym językiem. Pytanie tylko ile osób to tak naprawdę zrozumie?

Jeszcze jedną ważną zasadą pisania listu do przyjaciela, zamiast starającej się coś wcisnąć oferty, jest prezentowanie korzyści zamiast cech. Ludzie nie chcą kupować odkurzacza pragną czystego domu. Nie chcą kupować napojów energetycznych dla ich smaku oni chcą aby dały im energię i moc! I tak można mówić praktycznie o wszystkim. W mojej książce zrobiłem przykładową ofertę, w której opisywałem środek przeciw komarom. Najważniejszą korzyścią był spokojny sen. Musisz zajrzeć głębiej, aby pokazać jak niesamowity jest Twój produkt lub usługa.

Oczywiście w długich ofertach też jest sporo z tych cech, które opisałem. Jednak przy pisaniu czegoś na ponad dziesięć stron trudno zachować spójność, przyjazny ton, oraz jak najbardziej zrozumiały język. Mile widziane jest napisanie wszystkich korzyści, jakie dają nasze produkty. Pytanie tylko czy jesteśmy w stanie napisać coś na 10 stron, co będzie bardzo energetyczne i wciągające. Są oczywiście tacy copywriterzy, którzy potrafią coś takiego napisać. Może im to jednak zająć naprawdę sporo czasu! Myślę, że tydzień jest granicą, poniżej której większość nie zejdzie. Wiąże się to oczywiście z kosztami. Rzadko twórcy tekstów godzą się na udział w zyskach.

Jest pewien atut, który z pewnością masz i który warto wykorzystać! To twoja znajomość produktu i branży. Najlepszy copywriter nie będzie znał tych dwóch rzeczy tak dobrze jak Ty. Więc jeśli zdecydujesz się samemu napisać ofertę, to możesz wykorzystać rady zawarte w tym artykule. Zachęcam także do poznania mojej książki  . Mam nadzieję, że zachęciłem Cię, aby pisać skuteczne oferty, które zawierają jak najbardziej przyjazny przekaz i nie są molochami. Często długie teksty mogą zadziałać odwrotnie niż tego chcieliśmy. Ja doradzam opcję listu do przyjaciela!

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
Słowiański zew 2014-11-13 15:15
 Oceń wpis
   

Wśród producentów muzycznych (szczególnie w Polsce) bardzo trudno się wyróżnić. Jest jednak pewien jegomość, który robi to naprawdę dobrze od kilku lat. Jest nim Donatan. Człowiek ten dzięki wypracowanej renomie w branży hip-hopowej, postanowił stworzyć projekt unikalny na naszym rynku. Jak później się okazało nie chodziło tylko o nasz rynek. Pomysł wydaje się prosty, ale w tym tkwi jego geniusz. Jest nim promocja naszych słowiańskich korzeni. Na pierwszym albumie studyjnym Równonoc, Donatan zgromadził najlepszych polskich raperów, którzy do jego muzyki ułożyli teksty o niespotykanej wcześniej tematyce. Album okazała się wielkim sukcesem. Donatan korzystając ze swojej sławy mógł przebierać w artystach, których umieści na kolejnych numerach. I tak trafił na Cleo.

W jednym wywiadzie telewizyjnym Donatan sam przyznał, że po usłyszeniu jej głosu myślał, ze jest to murzynka. Nazwał jej głos czarnym głosem. Ciekawe, że nie zauważyli tego wcześniej jurorzy popularnego programu telewizyjnego X-Factor. Wojewódzki, Sablewska i Mozil nie dali szansy młodej wokalistce. Jak przyznał później sam Wojewódzki pomylił się w jej przypadku. Z pewnością jednak nie pomylił się Donatan, który od dłuższego czasu tworzy wspólnie z Cleo. Okazją do napisania tego wpisu jest wydana właśnie wspólna płyta wymienionych muzyków. Udało im się zaprosić wielu popularnych artystów, jak chociażby Kamil Bednarek czy Enej. Na płytę kazali długo czekać, gdyż ich pierwszy wspólny utwór My Słowianie ukazał się już dawno.

Piosenka My Słowianie stała się wielkim hitem. Dotyczy to zarówno serwisu YouTube, jak i rozgłośni radiowych. Efektem tego było wygranie krajowych kwalifikacji do konkursu Eurowizji. Donatan i Cleo pojechali na główny konkurs. Przeszli nawet do półfinału. Ich piosenka była w połowie po polsku, a w drugiej połowie po angielsku. Chcieli tym zawalczyć o głosy widzów z zagranicy. Jak się okazało konkurs ten charakteryzuje się dziwnymi zasadami liczenia głosów. Bierze się pod uwagę nie tylko głosy telewidzów, którzy wysyłają smsy, ale również jury. Przez to Donatan i Cleo wypadli średnio. Choć od razu po zakończeniu Eurowizji mówiono, że gdyby brano pod uwagę tylko głosy widzów, to duet z polski wypadłby bardzo dobrze.

Jednak nie samą Eurowizją żyją artyści, czego dowodem jest nakręcenie sporej ilości teledysków, oraz wydanie przed kilkoma dniami wspólnej płyty. Dzięki tym działaniom Donatan i Cleo uzyskali przychylność mediów społecznościowych. Ich fanpage są jednymi z najpopularniejszych na polskim Facebooku. Warto jednak zauważyć, że artyści wykorzystują swoją popularność nie tylko do tego, aby promować swe teledyski i świeżą płytę. Stworzyli oni markę odzieżową Slavica (tak, jak jedna z piosenek śpiewana po angielsku). Sprytnie połączyli premierę płyty z promocją ubrań. Stworzono nawet specjalne pakiety, gdzie można np. kupić płytę i bluzę. Z tego, co mi wiadomo większość ubrań projektuje sama Cleo. Słynna spódniczka z kawałka My Słowianie również została stworzona przez nią.

Tak pojawił się wątek biznesowy w tej historii. Co prawda pisałem już wpis o raperach, którzy stworzyli swoje własne marki odzieżowe. Jednak Donatan i Cleo mogą ich przebić swoja popularnością. Co ma odzwierciedlenie zarówno na Facebooku, jak i przebiciu się do tradycyjnych mediów. A sama muzyka na tym nie traci, ponieważ co jakiś czas artyści zaskakują nas nowym pomysłem na promowanie naszych słowiańskich korzeni. Oczywiście Donatanowi zarzuca się seksizm, gdy w swoich teledyskach prezentuje skąpo odziane dziewczyny. Jednak to element naszej rzeczywistości. Słowianki są przecież najpiękniejszymi kobietami na świecie!

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

System emerytalny pozostawia wiele do życzenia. My, młodzi ludzie, nie mamy co na niego liczyć. Prawdopodobnie już nasi rodzice otrzymają głodowe emerytury. Sytuacja, gdy po zapłaceniu opłat i wykupieniu lekarstw, emerytowi praktycznie niewiele zostaje, doczekała się wielu dzisiejszych emerytów. Zabieg, którego dokonał premier Donald Tusk, nazywany często rozbiorem OFE, również nie sprawi, że w kieszeniach przyszłych emerytów będzie więcej pieniędzy. Eksperci mówią, że ZUS nie ma zbyt wiele oszczędności. Wszystko idzie na bieżącą wypłatę dla emerytów i rencistów. Oczywiście przywileje emerytalne niektórych grup również dobijają ten system. Czy jest zatem sposób dla nas młodych ludzi, którzy nie chcą być na starość uzależnieni od ZUSu i państwa?

Oczywiście można pieniądze inwestować w papiery wartościowe. Jednak te bezpiecznej, jak obligacje, przynoszą niewielkie zyski. Natomiast te mniej bezpieczne, jak akcje, stanowią już większe ryzyko. Można iść bezpieczniejszą drogą i zainwestować w fundusz powierniczy. Najlepiej kilka dla dywersyfikacji. Jednak również tutaj nikt nam nie da gwarancji, że ostatecznie nasze oszczędności się pomnożą. Oczywiście można samemu posiąść wiedzę i inwestować w akcje na własną rękę. Z doświadczenia wiadomo, że na początek można sporo stracić. Jednak tak naprawdę trzeba to potraktować jako nowy zawód. Nie trzeba oczywiście zaraz zdobywać nowych uprawnień maklerskich, ale samodzielne inwestowanie wymaga sporego zaangażowania. Nie mówiąc już o inwestowaniu w instrumenty pochodne (takie jak opcje, czy kontrakty terminowe). Zastosowanie tak zwanego lewara (czyli, że grasz większymi pieniędzmi niż sam posiadasz) zwiększa ryzyko. Nie żebym chciał Cię jakoś bardzo zniechęcić Drogi Czytelniku do samodzielnego inwestowania lub zaufania funduszom powierniczym. Jest to z pewnością lepsze niż wierzyć w bajki o ZUSie. Pragnę Ci przedstawić inny pomysł. Ale jeśli jesteś zdecydowany, że mierzysz wysoko i chcesz nauczyć się grać na derywatach, to spróbuj! Jeśli sam nie sprawdzisz, to się nie przekonasz. Jednak nie zakładaj, że tak oszczędzisz na emeryturę. No chyba, że będziesz w tej grze naprawdę dobry. Tylko tak, jak napisałem, to wymaga działania na pełny etat. Jeśli jesteś na to przygotowany, to życzę powodzenia!

W dniu dzisiejszym Prezydent RP Bronisław Komorowski podpisał ustawę, która pozwala instytucją finansowym używać narzędzia zwanego odwróconym kredytem hipotecznym. Zasada jest niezwykle prosta. Jeśli dojdziemy do określonego wieku (z tego co pamiętam jest to 65 lat), to możemy dostawać co miesiąc pieniądze od banku w zamian za to, że bank bierze udział w spadku, w którym znajduje się nieruchomość, którą daliśmy pod zastaw tego kredytu. Prezes jednej ekonomicznej fundacji pisał już dawno o tym sposobie. Zauważył, że najlepsze, co można zrobić to przez całe swoje zawodowe życie (tzw. wiek produkcyjny) kupować ziemię. A na emeryturze (nie takiej, jak zakłada nam państwo, tylko takiej jak sami stwierdzimy, że nadszedł czas) zdecydować się na odwróconą hipotekę i żyć z tego, co dadzą nam banki. Dlaczego ziemia jest taka dobra? Za naszego życia na pewno jej nie przybędzie. Jest na świecie ograniczona ilość ziemi. A popyt na nią jest coraz większy. Drugim atutem ziemi jest jej trwałość. Jeśli się spali, to i tak w końcu wróci do dawnej formy. Jeśli zaleje ją powódź, to w końcu się wysuszy. Same nieruchomości mogą nie być tak dobrym biznesem, gdyż ciągle ich przybywa. Szczególnie w sytuacjach, jak wtedy, gdy trwała hossa przed kryzysem 2007/2008. Ziemia w dłuższym czasie będzie drożeć. Myślę, że jeśli chcemy się przygotować na jesień życia, to warto rozważyć tę opcję, którą tu podałem. A nawet jeśli mielibyśmy wykorzystać odwróconą hipotekę do tego, aby dostawać pieniądze za nieruchomość, w której mieszkamy, to również nie jest to zła opcja!

Warto przyglądać się temu jak rozwija się polskie prawo finansowe. Odwrócony kredyt hipoteczny był tym, czego jeszcze nie mieliśmy uregulowanego. Trzeba przyznać, że pojawiły się już fundusze, które chciały na tej fali wypłynąć. Jednak z pewnością nie wzbudzają one takie zaufania jak banki, które niedługo rozpoczną promocję swoich ofert. Warto się temu przyglądać jak w Polsce zostanie przyjęty ten sposób kredytowania. Z pewnością wielu osobom się on spodoba.

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
Jay-Z w krainie szampana 2014-11-06 15:56
 Oceń wpis
   

Jakiś czas temu na tym blogu pojawił się wpis, w którym opisywałem polskich raperów, którzy zajęli się biznesem. Widać u nich przede wszystkim zainteresowanie stworzeniem własnej wytwórni muzycznej, oraz marki odzieżowej sygnowanej ich pseudonimem, lub w jakiś sposób związanej z ich muzyką (np. poprzez cytaty z utworów). Polska to Polska i tego trzeba mieć świadomość. Wynika z tego, że i skala działania jest dużo mniejsza. Przykładem dla polskich raperów mogą być muzycy amerykańscy. Tam skala jest zdecydowanie większa! Głośno było o niedawnej sprzedaży przez Dr Dre jego firmy tworzącej słuchawki i serwis streamingowy. Beats kupiło Apple za całkiem pokaźną sumkę. Dzisiaj w mediach biznesowych jest głośno z powodu innego rapera Jaya-Z. Jednak on nic nie sprzedaje. Wręcz przeciwnie! Kupił markę swego ulubionego szampana!

Shawn Carter, bo tak naprawdę nazywa się Jay-Z, jest przykładem amerykańskiego snu. Za snem tym dążą polscy raperzy. Jeszcze im do tego daleko! Jay jest wyceniany przez magazyn Forbes na pół miliarda dolarów! Jest to jeden z najlepszych wyników z show-biznesu. Jednak Jay już dawno wyszedł poza show-biznes. Tworzy i inwestuje w kolejne biznesy udoskonalając swoje imperium. Do tego jego żona Beyonce Knowles również świetnie sobie z tym całym biznesem i show-biznesem radzi.

W 2007 roku Jay-Z sprzedał swoją markę odzieżową Rocawera. Była to nietuzinkowa transakcja jak na ten światek. Zainkasował aż 204 miliony dolarów! W tego typu deal'ach lepszy jest chyba tylko wymieniony przeze mnie Dr Dre. Pryz sprzedaży swojego brandu suma szła w miliardy dolarów. Coraz bardziej widać, również na świecie, że muzyka może być dobrym początkiem kariery biznesowej. Kiedyś sprzedawano albumy w wielomilionowych nakładach. Dzisiaj trochę ponad milion egzemplarzy sprzedała w tym roku jedynie Taylor Swift. Innym do niej daleko. Jednak jeśli jest się na fali, to można uznać swoje nazwisko/pseudonim za markę. Najczęściej ogromne pieniądze gwiazdy zarabiają na reklamach. Tak jest chociażby w naszej polskiej rzeczywistości, gdzie ostatnim czasy rządzą państwo Lewandowscy. To bardzo przedsiębiorcze małżeństwo, które wie, że sława piłkarska nie trwa długo. Głośno zrobiło się w polskim biznesie, gdy gruchnęła informacja, że Robert Lewandowski zainwestował w fundusz VC, który ma w swoim portfolio między innymi ZnanyLekarz.pl.

Jay-Z postanowił poszerzyć swoje imperium. Szczegóły transakcji nie są zbyt dobrze znane. Pojawiła się jednak informacja, że kupił on markę szampana, która kosztuję za butelkę 300 dolarów! Armand de Brignac, bo o niej mowa, jest podobno ulubionym szampanem rapera. Wiadomo, że marka pochodzi z Francji, oraz że robi ją raptem 8 osób! Można wnioskować, że w tej sytuacji spełnia się kolejne marzenie rapera. Jest on znany z wystawnego życia. Jednak nie wszystko jest marnotrawione na drogie zabawki. Dzięki temu jest wyceniany na pół miliarda dolarów!

Myślę, że sporym zamieszaniem może się okazać marka sygnowana imieniem córki Jay-Z i Beyonce. Imię to (Blue Ivy) jest tak wymyślne, że małżeństwo amerykańskich celebrytów postanowiło wystąpić o zastrzeżenie marki przez Urząd Patentowy. Chcą oni wykorzystać wrzawę medialną, która pojawiła się w momencie narodzin córki. Przedsiębiorczy rodzice na pewno wykorzystają i tego asa w rękawie. Z przyjemnością będę obserwował poczynania człowieka, o którym Warren Buffet powiedział: to on robi biznes, ja tylko udaję.

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

Grupa TVN, oraz operator komórkowy T-Mobile, w chwili wystawienia tej pierwszej na sprzedaż, decydują się na partnerstwo strategiczne. Czego będzie dotyczyć? I co na to Zygmunt Solorz-Żak ze swoją grupą medialno-komunikacyjną?

Na chwilę obecną wiadomo niewiele. Pojawiła się jedynie zdawkowa informacja prasowa. Wielkim hitem jest należący do TVN Player.pl. Właśnie w tym kontekście ma odbywać się partnerstwo. W aplikacji zostanie dodana specjalna strefa pod nazwą T-Mobile Zone. Czym ona będzie? Na razie to głównie domysły. Jednak może być naprawdę ciekawie. Dostęp do specjalnych funkcji serwisu, które pozwalają oglądać seriale, filmy dokumentalne czy fabularne. Redaktor Antyweb domyśla się, że korzystanie z tej strefy w T-Mobile nie będzie wiązało się z opłatą za transfer. Oby tak było!

Partnerstwo strategiczne dla dwóch tak dużych spółek ma ogromny sens. TVN jest aktualnie jedną z najpopularniejszych grup medialnych w Polsce. Dotyczy to również aliasu z Grupą Canal+ i stworzenia w wyniku tej współpracy platformy nc+. Takie partnerstwo może być mocno nie w smak magnatowi medialnemu Zygmuntowi Solorzowi-Żakowi. Jak powszechnie wiadomo po zakupie Polkomtela (operatora sieci Plus) stworzył on prawdziwą potęgę. Na razie partnerstwo TVN i T-Mobile nie będzie szczytem możliwości współpracy, jaką mogą podjąć oba podmioty. Chodzi tylko o stworzenie specjalnej strefy w aplikacji Player.pl. Aplikacja ta jest mocno promowana przez Grupę TVN. Jest to konsekwentna decyzja, z której wynika, że telewizja się zmienia. Dzięki temu, że szerokopasmowy internet jest na dzień dzisiejszy w większości polskich domów, mogą świetnie działać nie tylko takie portale jak Youtube, ale równie Player.pl czy iPla.

Czy wobec tego grupa Zygmunta Solorza-Żaka powinna stworzyć Plus Zone w swojej aplikacji iPla? Ten konglomerat firm działa na chwilę obecną nieco inaczej. Ruszyła ogólnopolska kampania, w której oferowany jest Paszport Korzyści. Można tu oczywiście znaleźć nawiązanie do słynnego Paszportu Polsat. Mam wrażenie, że jest to zabieg celowy. Z drugiej strony istnieje mnóstwo możliwości kooperacji wewnętrznej, jaka może wystąpić między Polsatem, Cyfrowym Polsatem, a Polkomtelem. A oprócz tego w Paszporcie Korzyści skupia się coraz więcej firm, które chętnie współpracują z grupą Solorza. Paszport to ogromny potencjał. Wystarczy poczekać, aż zostanie jeszcze bardziej rozwinięty. Głównym produktem, pod który podpięty jest ten klub lojalnościowy jest pakiet Smartdom, gdzie łączy się ze sobą wszystkie najważniejsze usługi grupy. Dzięki temu mamy do czynienia z wydarzeniem bezprecedensowym, gdzie pod jednym pakietem zgromadzono tyle usług. Ale czy na pewno? Z drugiej strony Telekomunikacja Polska definitywnie zmieniła się w Orange i również w jednym pakiecie oferuje mnóstwo usług. Wynika z tego, że w najgorszej sytuacji jest T-Mobile, które nie jest na chwile obecną w stanie zaoferować telewizji. Stąd pewnie pomysł na partnerstwo strategiczne z Grupą TVN.

Tak naprawdę na razie mało wiadomo na temat partnerstwa, o którym piszę w tym wpisie. Jednak myślę, że może być to początek czegoś wielkiego. Na pewno obu tym firmom takie partnerstwo może wyjść na dobre. TVN dużo stracił gdy wyprzedał ze swoich aktywów Onet. Ostatnio pisałem, że ten ostatni jest podejrzewany o kupienie NK.pl. Jak widać nic nie stoi w miejscu! Oba podmioty walczą o swoje miejsce na rynku. Z drugiej strony również T-Mobile jest w trudniejszej sytuacji, bo brakowało mu partnera medialnego.

Co wyniknie z takiego partnerstwa strategicznego? Przekonamy się! Jedno jest pewne: zyskać mogą na nim oba koncerny. Największą nadzieje powinni upatrywać w tym abonenci T-Mobile, którzy lubią content TVN. Jednak wierzę w to, że taka sytuacja pobudzi do działania Plusa i Orange. A co na to wszystko Play? Niebawem się pewnie przekonamy.

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 


Najnowsze komentarze
 
2016-10-06 09:48
MateuszCzech do wpisu:
Cudze chwalicie swego nie znacie!
Cześć Paweł! Dzięki za tak wiele miłych słów na temat Brand24 - to dla nas bardzo budujące i[...]
 
2016-04-11 19:43
ostatniKlient do wpisu:
Co dalej z Allegro?
allegro strzela sobie w kolano, już sami zaczęli sprzedawać jako GRUPA ALLEGRO taniej od swoich[...]
 
2016-03-06 03:38
Udjsjsjs do wpisu:
BlaBlaCar: czy za damo umarło?
Typowy pokaczek.wszystko za darmo....tam pracuja ludzie...to duza firma...z czegos musza zyc...
 




Kategorie Bloga



Ulubione blogi