napoleoński umysł
Królewskie zaGRYwki 2014-03-29 00:12
 Oceń wpis
   

 Wydarzyła się bardzo ciekawa rzecz na nowojorskiej giełdzie. Na parkiet trafiła kolejna spółka technologiczna. Tym razem jest to King.com. Jeśli miałeś styczność z grami na Facebooku lub tabletach, to z pewnością trafiłeś na hitowy tytuł Candy Crash Saga. Jak udał się debiut? Czy będziemy mieć kolejnych dolarowych miliarderów?

Z założenia gry, które tworzy King.com są darmowe. Skąd więc pochodzą zyski? Można udoskonalać swoje postacie, czy kupować bonusy, które ułatwią grę. Wiele osób grających w gry tego typu dostaje wręcz białe gorączki, gdy muszą czekać na możliwość przejścia kolejnego etapu. Rozwiązaniem tego problemu jest często polecenie gry swoim znajomym. Wysyła się do nich zaproszenia. I tak cały biznes się nakręca. Mimo tego, że dodatki kupuje może ułamek procenta użytkowników, to jednak są to prawdziwe pieniądze. Model biznesowy jest sprytny.

W ostatnich miesiącach można zauważyć wśród inwestorów spory entuzjazm w stosunku do spółek technologicznych. Jest to pochodna coraz większego zaufania do tej branży i dzielenia sporych nadziei na wzrost notowań. Czy tak było również w przypadku producenta Candy Crash Sagi? Ano nie udało się! Już po pierwszym dniu po debiucie akcje spadły o 15%. Czy takie wejście na giełdę miało sens?

Dwaj założyciele Morris i Zacconi z pewnością liczą na to, co stało się w przypadku Zyngi (drugi wielki gracz w tym sektorze, który na giełdę wszedł wcześniej). Było tam podobne zjawisko. Na początku była wysoka wycena. Potem akcje zaczęły spadać. Na koniec nieco wzrosły. Pozwoliło to jej właścicielowi stać się dolarowym miliarderem z wynikiem 1,1 mld dolarów. Taki scenariusz jest bardzo prawdopodobny. Biorąc pod uwagę, to zaufanie, jakim inwestorzy obdarowują spółki technologiczne.

Candy Crash Saga, to bardzo popularna gra. Jednak z grami na Facebooku jest ten problem, że dziś są hiper-popularne, a na drugi dzień już się znudzą graczom i przestaną oni w nie całkowicie grać. Jest to z pewnością trudny biznes. Twórcy gier świadomi tej sytuacji tworzą kolejne tytuły. Raz są one dość podobne do pierwszego hitu, a raz stanowią coś zupełnie nowego. Myślę, że King będzie długo na topie. Mają już więcej hitów. Po za tym liczba potencjalnych nowych graczy jest ogromna. Na samym Facebooku stuknął już miliard kont!

Z tego powodu naprawdę nie rozumiem dlaczego inwestorzy nie zostali zaciekawieni IPO Kinga. Na dzień dzisiejszy majątki dwóch założycieli oscylują w granicy 700 milionów dolarów na głowę. Jest to z pewnością niezły wynik. Jednak pragnienie zostania miliarderem kusi! Ja osobiście uważam, że jest to możliwe, iż akcje zaczną wzrastać. To jest dopiero debiut. Jeszcze wszystko może się zdarzyć. Szczególnie jeśli powstanie kolejny hit na miarę Candy Crash Saga.

Warto przyglądać się poczynaniom tej i podobnych firm. Być może nakręcą one kolejną bańkę spekulacyjną, po której rynkowi odbije się czkawką. Bańka 2.0? To całkiem możliwe!

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

 Widząc taki tytuł posta możesz się zastanawiać z jakiego kraju pochodzą linie lotnicze o takim potencjale. USA? Któryś z krajów zachodniej Europy? Pudło! Jeśli przyglądasz się sytuacji gospodarczej, to wiesz, że największe kluby piłkarskie w Europie kupują arabscy szejkowie. Więc i od nich pochodzą linię lotnicze, które mają szansę zdominować świat!

Emirates Airlines pod tą nazwą kryje się wszystko to, co można określić synonimem przyszłości komercyjnego lotnictwa. Linie lotnicze z krajów arabskich to szaleństwo? Wręcz przeciwnie! To bardzo dobrze rozwijająca się firma. Chociaż CEO utrzymuje, że nie chcą być największą linią lotniczą na świecie. Jak słusznie zauważył redaktor polskiego Forbesa: to tylko kokieteria. Emirates mają globalne ambicje!

Nastały czasy, w których ropa naftowa jest niczym krew globalnej gospodarki. To wokół niej się wszystko kręci. Bo jeśli wzrośnie cena tego surowca, to wzrosną ceny wszystkiego. 2/3 tego surowca znajduje się w krajach arabskich z Bliskiego Wschodu. Pamiętam doskonale skecz Cezarego Pazury, w którym mówi o amerykańskiej zapalniczce. Podkreśla: ta zapalniczka jest na ropę, bo gdyby była na gaz, to wojna byłaby gdzie indziej. I tak doczekaliśmy się misji pokojowych w Iraku i Afganistanie.

Szejkowie, którzy nie walczą z krajami zachodnimi mogą liczyć na wielkie wpływy ze sprzedaży ropy naftowej zachodniej cywilizacji. Mamy tutaj do czynienia z bardzo ciekawym zjawiskiem, jakim jest kartel przemysłowy, w który zrzeszyli się najwięksi wydobywcy tego surowca. Mowa oczywiście o OPEC. Kto wie ile kosztowałaby dziś baryłka ropy, gdyby nie ten kartel.

Jednak piszę o tym wszystkim, aby podkreślić ważną rzecz. Jest nim niebywałe bogactwo arabskich szejków. Jednocześnie mają oni świadomość, że sprzedaż ropy ma datę ważności. Świat coraz bardziej odchodzi od tego rozwiązania. Oczywiście minie jeszcze sporo czasu nim całkowicie uniezależnimy się do ropy. Do tego momentu cena baryłki będzie miała kluczowy wpływ na całą gospodarkę. I to będzie rodzić coraz większe bogactwo szejków. Oni świadomi, że taka sytuacja będzie mieć miejsce do czasu inwestują w kolejne sektory gospodarki. Jednym z nich są linie lotnicze.

Arabskie linie lotnicze, to coś na miarę naszych czasów. Myślę, że odniosą one ogromny sukces. Jeszcze większy niż ten, który jest teraz. Nie jest to oczywiście kosztowa studnia bez dna. To biznes, który będzie przynosił ogromnie zyski. Na tym etapie jest on opłacalny. Jednak myślę, że kupowanie kolejnych samolotów, oraz otwieranie następnych szlaków, pochłania większość zysków. Jest to prawie jak start-up, który inwestuje większość zysków, a często wyciąga jeszcze większe pieniądze od inwestora.

Na pewno Emirates ma szanse stać się największymi liniami lotniczymi na świecie. Będzie to sukces okupiony ciężką pracą i inwestycjami. Jednak wnioskując z dynamiki rozwoju tego biznesu, można stwierdzić, że już niebawem doczekamy się kolejnych globalnych biznesów, które stworzyli arabscy szejkowie. Mają oni nadwyżki pieniędzy, które chcą ulokować. Są dwie możliwości: albo założyć własny biznes, albo kupić coś. Najgłośniej jest o kupowaniu klubów piłkarskich. Jednak szejkowie nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
W stronę finansjery 2014-03-21 15:10
 Oceń wpis
   

Ostatnio można zauważyć nowy trend wśród operatorów komórkowych w Polsce. Zapragnęli oni mieć banki! Ich celem jest zdobywanie kolejnych nisz rynkowych, oraz walkę o nowych klientów. Czy to dobry ruch? A może to już lekka przesada?

W mijającym tygodniu gruchnęły wieści, że Orange podejmuje dużą współpracę z mBankiem, a T-Mobile chce doprowadzić do rebrandingu marki dla prawdziwych ninja, czyli Alior Sync. Zygmunt Solorz doprowadził do powstania Plus Banku w ramach swojej grupy finansowo-medialnej. To może oznaczać, że wielka trójka operatorów coraz poważniej podchodzi do tematu usług finansowych.

W miarę tego jak rozwijają się smartfony, niemal każdy bank chce wejść w bankowość mobilną. Jest to znak naszych czasów. Ostatnio bardzo ostro promował się w tym zakresie ING i Bank Millenium. Myślę, że jest to kolejny kamień milowy w rozwoju bankowości. W zaistniałej sytuacji operatorzy komórkowi chcą ugrać jak najwięcej dla siebie. Czy bankowość mobilna jest najlepszą rzeczą, którą mogą teraz zrobić?

Analitycy amerykańskich gazet szacują, że w przeciągu najbliższych kilkunastu lat niemal każdy znaczący brand Doliny Krzemowej będzie miał swój bank. Wspominając historię tak zrobiło na przykład, założone przez Tomasza Edisona, General Electric, które stworzyło swój bank. Co mogą zrobić wielkie firmy, które chcą oferować coraz więcej produktów? Ano właśnie iść w bankowość. Google poczyniło nawet pierwsze kroki tworząc elektroniczny portfel. Tu już niewiele brakuje od tego rozwiązania do własnego banku!

Wracając do naszego podwórka. Orange, T-Mobile i Plus mają sporo do ugrania. To właśnie te marki (no i jeszcze Play), dostarczają najwięcej nowych smartfonów na polski rynek. Nic nie wadzi, aby w tych smartfonach była dostępna od razu aplikacja łącząca z bankiem sygnowanym logiem operatora. Oczywiście nie wszyscy użytkownicy będą z niej korzystać, ale siła przebicia jest ogromna!

Myślę, że na drodze do rozwoju swoich firm, operatorzy dobrze robią, że interesują się bankowością mobilną. Według praw konsekwencji jest to bardzo dobry ruch. Trzeba też zauważyć, że branża telefonów komórkowych, oraz finansowa, coraz bardziej się przenikają. Z pewnością dlatego duże banki zaczęły reklamować możliwość bankowości mobilnej. Myślę, że największymi zwycięzcami, w tym pojedynku, który nam się szykuje, będą klienci. To oni najbardziej odczują walkę o innowacyjność w bankowości.

Myśląc o tym wszystkim można się zastanowić a co na to Play? Myślę, że ta firma również ma spory potencjał, aby stworzyć markę bankową. Chociaż jak na razie czwarty operator milczy. Czy jest to cisza przed burzą? O tym pewnie przekonamy się niebawem. Na dzień dzisiejszy jedynym działającym bankiem operatora komórkowego jest Plus Bank. Pozostałe są zapowiedziane. Swoją drogą to ciekawe jak Plus pod dowodzeniem Solorza stał się liderem innowacji. Najpierw LTE, a teraz i bank mają pierwszy. Czytałem, że inni operatorzy zmawiają się nawet przeciw niemu i łączą siły w stacjach nadawczych, dzięki czemu mogą ich mieć mniej. Ale Plus i tak da radę! Zygmunt Solorz to naprawdę zawodnik pierwszej klasy.

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

Jakiś czas temu pisałem o zegarkach Samsunga, które pracują na systemie jego produkcji Tizen. Wczoraj Google, można rzecz, odpowiedziało na tę sytuację. Pojawił się Android Wear. Czym jest ten system operacyjny? Czy warto będzie kupić urządzenie z nim na pokładzie?

Myślę, że już niedługo inteligentne zegarki będą stanowić spory rynek. Nawet jeśli nie są one nam zbyt potrzebne, to producenci już tak je wypromują, że będziemy ich pożądać. A jest to zjawisko coraz bardziej masowe, gdyż coraz więcej producentów zapowiada przygotowanie takich urządzeń.

Stała się rzecz wielka. Google stworzyło specjalną wersję Androida dla zegarków. Myślę, że to pokazuje, w jakim kierunku ma rozwijać się branża. I ukazuje to jeszcze jedną istotną rzecz: Apple przestało być liderem innowacji. Jak zauważają dziennikarze jeśli firma Tima Cooka zaprezentuje tzw. iWatch, to będzie to raczej gonienie konkurencji niż wyznaczanie trendu. Choć z drugiej strony Apple może wyjść z tego obronną ręką i przyznać, że założyło, że inteligentne zegarki nie będą hitem na miarę smarfonów. Jednak w takiej sytuacji musiałoby ono przedstawić jakąś inną innowację. Spekuluje się bardzo głośno o Apple TV.

Na chwilę obecną dwoje producentów zapowiedziało premiery inteligentnych zegarków jeszcze w tym roku. Jest to Motorola i LG. Trzeba przyznać, że zapowiedź tego, co planuje Motorola, to prawdziwe cudo! Firma zaprezentowała urządzenie z okrągłym wyświetlaczem. To oznacza, że będzie ono bardzo przypominać tradycyjny zegarek. Jednak to urządzenie będzie mieć znacznie więcej funkcji! Dowiemy się nie tylko która godzina, ale również jaka jest pogada, albo będziemy mogli zamówić taksówkę. Oczywiście Android Wear jest wyposażony w system Google Now. Dzięki temu będzie można obsługiwać zegarek za pomocą głosowych rozkazów. Oczywiście nie będzie to od samego początku dostępne dla Polaków.

Jak zauważył dziennikarz polskiej edycji Forbesa, wszelkie wynalazki typu Google Glass, to pieśń przyszłości. To, co jest naszą rzeczywistością, to inteligentne zegarki. Ja uważam, że producenci poświęcą taki potencjał marketingowy na potrzeby wykreowania pożądania produktu, że przeciętny Kowalski zacznie marzyć o takim zegarku. Oczywiście będzie to trwało do czasu, aż rozwiązania te się upowszechnią i przestaną być supernowością, a zaczną być standardem, jak dzisiaj smartfon. Wtedy oczywiście znajdzie się kolejny wynalazek, który producenci nam przedstawią i wzbudzą pożądanie. Tak to już trwa dość długo. I nawet jeśli coś nie jest nam potrzebne, to zawsze można nam to sprzedać.

Pamiętam historię Arystotelesa Onasisa, który zasłynął z tego, że sprzedał lodówki eskimosom. Wydaje się to totalne szaleństwo, ale znalazł on konkretną korzyść, dzięki której urządzenia te miały dla tej nacji wartość. Konkretnie chodziło o zachowanie świeżości mięsa. Skoro dało radę sprzedać lodówki eskimosom, to specjaliści od marketingu z pewnością są w stanie sprzedać nam inteligentne zegarki.

Choć trzeba przyznać, że z pewnością są momenty, w których zegarki lepiej się sprawdzą niż smartfon. Na przykład może być to uprawianie sportu. Można by biec i odliczać czas, oraz ilość kilometrów i spalonych kalorii. Tak to działa na moim orbitreku. Więc z pewnością doskonale będzie o działać w inteligentnym zegarku. Choć mam wrażenie, że takie zegarki szybko staną się tym, czym są normalne zegarki w naszym życiu, czyli wyznacznikiem statusu.

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

 To już koniec! Kiedyś wystarczyło założyć fanpage, zbierać fanów i publikować różne wpisy. Nasza błoga twórczość wyświetlała się na ich tablicach. Ta era mija. Facebook chce zarabiać. Czy nadal opłaci się mieć fanpage? Po co w takim razie zbierać tych fanów?

Wygląda na to, że Facebook chce wreszcie zacząć zarabiać na swoich produktach. Choć fakt faktem wersja dla zwykłych użytkowników pozostanie darmowa. Ktoś mądry powiedział jednak: jeśli coś jest za darmo,to nie znaczy, że jesteś klientem, to znaczy, że jesteś produktem. I takim produktem dla wielkich firm są nieświadomi użytkownicy Facebooka. Można zauważyć, że promują się one na dwa zasadnicze sposoby. Albo przez reklamę w prawym boksie, albo przez wpisy sponsorowane. Właśnie na tej drugiej opcji FB chce zarabiać jeszcze więcej. Teraz firmy mają płacić za to, że ich wpisy pojawią się na tablicy fanów.

Z pewnością Facebook nie jest instytucją charytatywną i musi zarabiać. Jednak to, że można było zbierać fanów i publikować wpisy na ich tablicach, to była prawdziwa siła tego serwisu. Czy nadal będzie się opłacało prowadzić własny fanpage? Jest to pod wielkim znakiem zapytania. Siła FB maleje. Jeśli bardzo mała część postów od firm będzie publikowana na tablicy fanów za darmo, to mija się to wszystko z celem. Wielkie firmy pewnie i tak będą korzystać z tej opcji. W końcu budują one świadomość marki. Jednak czy taka sytuacja będzie miała sens dla małych firm? Myślę, że nie!

Ograniczenie to jest wprowadzane stopniowo. Nie ma znaczenia jak duży jest fanpage. Wszystkim dostaje się po równo. I tak przez ostatnie pół roku oglądalność stron spadła o połowę. To jakaś masakra! Core biznesu, który miał Facebook ulega degradacji. Jego atrakcyjność w oczach firm bardzo spadnie. A jak odczują to użytkownicy? Ciężko powiedzieć. Być może wyjdzie to na ich korzyść, bo będą mieli mniej wiadomości na tablicy. Ja jednak myślę, że będą skazani na oglądanie tylko tych wpisów firm, które na to stać. A przecież na mniejszych fanpagach, również jest bardzo ciekawy content.

Puls Biznesu pisze, że jeśli chodzi o największych, to tylko co 50siąta odsłona ma źródło na tablicy. Reszta to zasługa zasięgu opłacanego. Ja rozumiem, że firma Zuckerberga chce zarabiać. Jednak głęboko się zastanawiam czy jest to właściwa droga. Ucierpią na tym fani, którzy pododawali się do fanpage'u i chcieli dostawać wiadomości od firm. Teraz jeśli firma nie zapłaci, to fan tego nie zobaczy. A to był przecież rdzeń tego systemu!

Takie podejście FB może budzić obawę, że z czasem płatny stanie się on również dla zwykłych użytkowników. Jednak myślę, że to nas raczej nie czeka. To wypaczyłoby całkowicie tę ideę. Choć po serwisie Zuckerberga można się już spodziewać tak naprawdę wszystkiego. Chociaż z drugiej strony to byłoby dobre rozwinięcie podstawowego biznesu, aby stworzyć dodatkowe aplikacje, które są płatne. W przypadku FB jest ten problem, że większość aplikacji na niego (w szczególności gier), jest pisane przez zewnętrzne firmy. I pojawiają się tam opłaty.

Podsumowując myślę, że Facebook idzie złą drogą. Oczywiście monetyzacja jest bardzo ważna, ale trzeba się zastanowić jakim się to robi kosztem. Bo w tym wypadku stracą na tym użytkownicy. Quo Vadis Facebooku?

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
Kariera youtubera 2014-03-16 22:43
 Oceń wpis
   

 Zjawisko, w którym niemal każdy może pisać bloga stało się dość powszechne. Na tej fali wyrasta powoli coś zupełnie nowego: vlog. Mówiąc najprościej jest to blog video. Natomiast osoby, które zajmują się tą specyficzną dziedzina nazywają się vlogerami. Najczęściej tworzą one wariację na temat połączenia tradycyjnego bloga i vloga. Czy da się na tym zarobić? Czy taka misja jest trudna do wykonania?

Vlogerzy jest to zjawisko w skali globalnej. Tak samo jak bloga może tworzyć każdy, tak samo jest z vlogiem. No może prawie każdy, bo trzeba jeszcze poznać się na obróbce video. Wśród vlogerów, którzy najczęściej publikują swoje pozycje na Youtube, uknuło się określenie: youtuber.

Wielką tajemnicą jest owiane to ile Google płaci użytkownikom Youtube'a, którzy publikują swoje filmy i mają miliony wyświetleń. Oczywiście te miliony wyświetleń to najczęściej lekka przesada. Jednak trzeba przyznać, że dla vlogera, te kilkaset tysięcy wyświetleń, to całkiem przyzwoity wynik. Jeśli filmy produkują około raz w tygodniu i mają taką oglądalność, to myślę, że Google nie da im zginąć.

Jednak kasa od Google to dopiero początek! Widać coraz bardziej, jak youtuberzy znajdują nowe źródła dochodów. Przykładem może być napisanie książki. Pamiętam jak pojawił mi się uśmiech na twarzy, gdy zobaczyłem w empiku książkę Niekrytego Krytyka. Drugą opcją są odcinki sponsorowane, lub z ogłoszeniem konkursu. Wtedy youtuberzy promują jakąś markę, która najczęściej im się za to korzystnie odwdzięcza.

Kolejną zauważalną drogą jest stworzenie biznesu internetowego, który promuj się własnym nazwiskiem. Tak zrobił ostatnio Artur Kurasiński, który skupił się na jednym projekcie, o którym jest coraz głośniej. Czymś, co jest dla mnie niebywałą ciekawostką jest to, że vlogerzy przenikają do tradycyjnych mediów. Prowadzą programy w telewizji, czy audycje radiowe. Cóż sława zobowiązuje.

Co ciekawe wielu youtuberów tworzy swoje filmy wokół gier np. Minecrafta. Nie są to zbyt profesjonalne produkcje. Jednak zdobywają one spore oglądalności. Z drugiej strony ewidentnie widać profesjonalizowanie się tej branży. Vlogerzy używają coraz lepszego sprzętu do produkcji swoich filmów. Sama obróbka jest znacznie bardziej profesjonalna. A nawet ostatnio gruchnęła wieść, że blogerzy i vlogerzy się zrzeszają. I bardzo dobrze, że coś się dzieje. Progres jest potrzebny.

Kariera youtubera być może nie jest usłana różami. Jednak jak już zdobędzie się sławę to można na tym zarobić. Szczególnie jeśli te sławę przekuje się na inne fronty, jak występowanie w tradycyjnych mediach, czy napisanie własnej książki. Widać, że jest w tej branży spory potencjał skoro powstają nawet internetowe talk-showy. Jednak z pewnością największe kokosy na sławie youtuberów zbija sam Youtube, a konkretnie Google. Oni nakręcają im oglądalność, a w zamian dostają swoją dolę. Ale vlogerów jest wielu, a Youtube jest jeden. I tak naprawdę nie widać, żeby to środowisko miało jakąś alternatywne dla tego serwisu. Na Vimeo wrzuca się raczej bardziej profesjonalne filmy w Full HD. Przed Youtubem prawdziwe lata świetności!

Nie wiem jak pojemna jest definicja Youtubera, ale moim zdaniem w Polskiej skali prawdziwym mistrzem jest Cezik ze swoimi teledyskami, który nazbierał kilkadziesiąt milionów wyświetleń. Jego produkcje są naprawdę profesjonalne. Szczególnie polecam zdystansowany utwór Co to za pedał?.

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

 Dzisiejszy wpis chciałbym poświęcić niezwykle ciekawej postaci, jaką jest Polak mieszkający w Stanach Zjednoczonych Tad Witkowicz. Na liście Forbesa najbogatszych Polaków za granicą jest on w pierwszej dziesiątce z majątkiem szacowanym na 300 milionów dolarów.

Już kilka lat temu przeczytałem jego autobiografię pt. Od nędzy do pieniędzy. Tytuł może brzmi dość biednie, ale sama biografia jest obfita w wiele rad związanych z biznesem i ciekawych przeżyć. Myślę, że jest to jedna z tych książek, które każdy, kto chce się zajmować na poważnie biznesem powinien przeczytać. I to najlepiej kilka razy!

Tadeusz Tad Witkowicz, to pierwszy Polak, który wprowadził swoją firmę na amerykańską giełdę technologiczną NASDAQ. Udało mu się to dwa razy! Tak naprawdę był założycielem trzech firm: Artel, CrossCom, oraz Adlex. Trzecia z firm, które założył też pewnie trafiłaby na giełdę gdyby nie to, że ktoś ją wcześniej zdecydował się kupić. Witkowicz to przede wszystkim branża technologiczna skupiona w sektorze B2B. Zdecydowanie on się w tym wyspecjalizował i przez lata swojej kariery zawodowej osiągał wielkie sukcesy.

Początek życia Witkowicza to biedowanie. Urodził się on w małym miasteczku przy granicy z Białorusią. W smutnej, komunistycznej Polsce ciężko było coś osiągnąć. Jednak los się do niego uśmiechnął. Dzięki cioci z Kanady, w ramach łączenia rodzin, udało mu się przenieść do kraju soku klonowego. Tam dostał się na uniwersytet i studiował fizykę. Jednak chyba tęsknił za Polską, bo gdyby była okazja na stypendium na Uniwersytecie Jagiellońskim, to skorzystał z niej.

Jego wielka kariera zaczęła się po przeniesieniu do Stanów Zjednoczonych. Miał z tym problem, ponieważ urzędnicy uważali, że jest on Amerykaninem, który wymigując się od wojny w Wietnamie zbiegł do Kanady. Jednak i to się udało załatwić. I tak powstała pierwsza firma Polaka na emigracji.

Aktualnie Tad Witkowicz prowadzi fundusz VC Otago Capital. Jego głównym założeniem jest znalezienie polskich firm, którym pomoże on podbić światowe rynki. Myślę, że jest to człowiek, który wie co robi. Jego majątek na dzień dzisiejszy jest wart prawie miliard złotych. A to wszystko udało musie osiągnąć przez sprzedaż własnych spółek technologicznych. Jest to wielka szansa dla młodych, przedsiębiorczych Polaków. Jeśli rozważasz pozyskanie inwestora na swój pomysł, to zdecydowanie sprawdź tę opcję!

W Polsce po działalności Tada została ciekawa spuścizna. Polski oddział Intela w Gdańsku, to tak naprawdę fragment jednej z firm Witkowicza. Z tego co wiem pracują tam najlepsi specjaliści. I tak było od początku. Tad widział w polskich inżynierach ogromny potencjał. I to dzięki niemu Intel Polska działa teraz tak prężnie

Jeśli chcesz poznać lepiej postać Tad Witkowicza, to zachęcam Cię do przeczytania książki Od nędzy do pieniędzy. Tad opisał w niej na przykład, że biznes składa się z trzech rzeczy: pomysłu, produkcji i sprzedaży. Większość firm pada, bo nie skupia się od samego początku na sprzedaży. Tad uważa, że od pierwszego dnia w firmie powinien być sprzedawca, który znajduje klientów.

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

 Jak w krótkim czasie z marki kojarzonej z przestępczością stać się wyznacznikiem prawdziwego mężczyzny? Jak zrobić taką świadomość marki, o której będą pisać w książkach? Jak zaprojektować taki produkt, że ryk jego silnik jest opatentowany? Oto właśnie wielki Harley-Davidson.

Harley nie był dobrze utożsamianą marką. Jego motorami jeździli głównie przestępcy. Tak zwane gangi motocyklowe. To był spory problem. Jednak dzięki wytrwałości i sprytnym trikom marketingowym udało się stworzyć markę, która jest kwintesencją męskości. Motor od Harleya jest jedyny w swoim rodzaju. Zasadniczo konkurencją mogą być dla niego tak zwane ścigacze. Jednak jeśli dobrze się przyjrzeć, to jest to zupełnie inna grupa klientów.

Kto to jest prawdziwy harleyowiec? To ktoś taki, kto przychodzi do autoryzowanego dealera z dziećmi i kupuje chromowaną śrubkę. Jest to facet, który ciężko pracuje od poniedziałku do piątku. Często na wysokim stanowisku. A weekend przyodziewa się w skórę i wyrusza. Tylko on i droga. No i czysta radość z jeżdżenia tym motorem.

Harley uczynił bardzo mądrą rzecz. Założył klub lojalnościowy. Jednak nie jest to program punktowy, w którym coś zbierasz, a potem dostajesz jakieś zabawne nagrody. Tak robi się standardowo. Jednak Harley nie robi w swoich działaniach niczego standardowego! Klub nosi nazwę HOG. Jego głównym założeniem jest wykreowanie postawy prawdziwego harleyowca. I ten człowiek nieformalnie zrzesza się z innymi podobnymi sobie. Odbywają się zloty, oraz inne imprezy. Często dla poczucia wspólnoty wystarczy wspólna jazda na motorach. Wydaje się, że HOG jest sformalizowany. Jednak wielka jego część jest nieformalna. I ludzie to kochają.

Podobno ten, kto wsiadł na motocykl Harleya, już nigdy nie będzie chciał innego motoru. Może oczywiście jest to lekka przesada. Jednak jest coś, co jest bardzo ważne dla całej idei wielkiej lojalności sprzedawanie stylu życia. Sam motor nic nie znaczy. To cała ta otoczka jest tym, co szczególnie przyciąga do tej marki. Pojęły to największe brandy. To wyższy poziom marketingu. Nie sprzedawaj produktu sprzedawaj styl życia.

Wydaje się, że sam Harley mógłby nie robić klubu lojalnościowego. Zadziałało by to pewnie na tej zasadzie, co w Apple, że ludzie sami się w jakiś sposób zrzeszają. A może właśnie tego brakuje firmie Tima Cooka? Klubu lojalnościowego! Harley na tym wygrał. Tworzy wyjątkowe produkty, otacza je magią lojalności, a to, co naprawdę sprzedaje, to styl życia. Takie działanie ma sens. Jeśli chcesz, aby twoja firma przetrwała przez długie lata, to pomyśl o takim podejściu. Dowiedz się jaki jest twój wymarzony klient. Kim chciałby on się stać używając Twój produkt. Dla takich osób załóż klub lojalnościowy. To będzie potęga!

Myślę, że Harley-Davidson pokazuje swoim działaniem drogę, którą warto podążać. Kolejny program punktowy, gdzie wymieniamy punkty na nagrody, nie buduje lojalności. Chodzi o emocje i uczucia, które buduje wokół siebie marka. To powinien być jej największy priorytet. Cele finansowe oczywiście mają sens. Ale na dłuższą metę dbając o to, co czuje klient, również finansowo odniesie się jeszcze większy sukces niż się chciało. Prawdziwy klub lojalnościowy zawsze będzie miał przewagę nad programem punktowym.

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

 Chciałbym się podzielić z Tobą moim zdaniem na temat najnowszych rozwiązań technologicznych. Czy zwykłe komputery przejdą do lamusa? Czy światem zawładną tablety? A może coś jeszcze innego zdobędzie serca użytkowników?

Coraz bardziej widać, że idea Jobsa o systemie całościowym przenika się w rozwiązaniach konkurencji. Jobsowi chodziło o to, żeby prawdziwą unikalną cechą oferty nie było to, że urządzenie jest jakieś cudowne, tylko to, żeby poszczególne urządzenia ze sobą współpracowały. Żeby stworzyły system całościowy. To Jobs jako pierwszy na to wpadł. Punktem zwrotnym w tej historii była chmura obliczeniowa. Po co przechowywać swoje pliki na dyskach twardych poszczególnych urządzeń skoro można je przechowywać w chmurze.

Zastanówmy się jednak czy komputery jako takie całkiem wyginą na rzecz tabletów i smartfonów. Czy wyobrażasz sobie pisać jakiś długi tekst na tablecie, albo obrabiać, do użytku profesjonalnego, obraz w programie graficznym? To bez sensu! A co z bardziej zaawansowanymi grami? No oczywiście są też konsole. Ale chwila! Konsole to kolejny element ekosystemu! Myślę, że komputery nie umrą, a idealnym rozwiązaniem problemu co wybrać mogą stać się hybrydy.

Hybrydy są urządzeniami, które można by nazwać tabletem z doczepianą klawiaturą, lub laptopem z wyodrębnionym tabletem. Ciężko to tak naprawdę sklasyfikować. Jednak rozwiązanie jest genialne! Można mieć dwie rzeczy na raz. Na chwilę obecną jest to rozwiązane promowane przede wszystkim przez Microsoft. Jednak żeby hybryda tej firmy miała większy sens istnienia musi być stworzony wokół niej ekosystem.

Co to właściwie jest ekosystem? Patrząc pobieżnie można stwierdzić, że mamy tylko pojedyncze urządzenia. Jednak patrząc głębiej można zobaczyć, jak te urządzenia ze sobą współpracują, jak powstają na nie aplikacje, oraz content. Jak pliki nie są już przechowywane na dyskach twardych tylko w chmurze obliczeniowej. To jedna wielka całość. I to właśnie była wizja Jobsa.

Książkowym przykładem ekosystemu jest to, co zrobiło Apple. Dostarcza ono zarówno software i hardware. Daje możliwość pozyskiwania contentu. Udostępnia sprawdzone aplikacje w specjalnym sklepie. Jednak zachwyt nad Apple coraz bardziej mija. Ludzie nie chcą już płacić premii za wyjątkowość i prestiż. Tym bardziej, że Apple stało się dużo mniej luksusowe i hipsterskie. Ja osobiście nazywam to zjawisko masowym luksusem. Nie wiadomo, co teraz zrobi Tim Cook. Jednak definitywnie czas na innowację, która pociągnie całą firmę. Z pewnością na kolejnej konferencji dowiemy się o jakimś nowym wynalazku.

Drugim przykładem ekosystemu jest to, co robi Google. Z jednej strony są to aplikacje internetowe, na których opiera się sukces komercyjny tego giganta. Z drugiej powstają systemy operacyjne zarówno do telefonów i laptopów (w tym wypadku tak zwanych chromebooków). Oczywiście jest też chmura obliczeniowa. Google gra o najwyższą stawkę. Majątki Page'a i Brina znacznie się powiększył. Najwidoczniej idą dobrą drogą. Jednak producenci sprzętu coraz częściej wybierają inne rozwiązania niż Android. Pojawiły się romanse z wielkim konkurentem Microsoftem. A sama Nokia ma być przejęta przez giganta z Redmond za ponad 7 miliardów dolców. Chociaż i u Google zapowiada się wielka innowacja. Słynne Google Glasses mogą okazać się gadżetem numer 1.

Więc tutaj dochodzimy do Microsoftu i jego ekosystemu. Z jednej strony jest cały czas kluczowa pozycja na rynku systemów operacyjnych dla komputerów. Z drugiej strony coraz powszechniejszy staje się system operacyjny dla komórek. Internetowo też jest bardzo dobrze. Jest własna wyszukiwarka, poczta, a nawet komunikator (Skype). Do tego jest współpraca z Facebookiem, który cały czas jest lepszy od Google+. Microsoft w swoim ekosystemie ma również konsole do gier Xbox. To daje mu ogromną przewagę nad konkurencją. Wszystko może ze sobą współpracować. Nie wiem jeszcze czy konsola Sony jest zintegrowana z Androidem. To może być spora konkurencja dla Microsoftu.

Windows przeznaczony na hybrydy to idealne rozwiązanie. Ekosystem Microsoftu jest bardzo dobrze przygotowany. Gigant z Redmond ma szansę mieć swój udział w dostarczaniu na rynek najbardziej topowego urządzenia. Hybryda moim zdaniem stanie się wielkim hitem. Dziwne, że sam Jobs nie wpadł na to, żeby na tej zasadzie stworzyć iPada.

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
Chwilowa moda zakupowa? 2014-03-08 21:02
 Oceń wpis
   

 

Wygląda na to, że serwisy zakupowe przestają być trendy, jazzy i cool. Co się stało, że ten model biznesowy nie zadziałał? Wszystko miało być pięknie, aż nagle spadek zainteresowania.

Należy zauważyć, że sporym problemem tego modelu biznesowego jest jego łatwość kopiowania. Tak, jak mamy np. Allegro, które było pierwsze w swojej kategorii i z tego powodu zajęło pozycję megalidera. A potem jest długo, długo nic. Zupełnie inaczej jest w przypadku zakupów grupowych. To, że się było pierwszym na tym rynku, to jeszcze nic nie znaczy! W samej Polsce powstało ponad 20 serwisów tego typu. To o czymś świadczy.

Druga kwestia to nie zrozumienie przez sprzedawców na czym ten model biznesowy ma z założenia polegać. Sprzedawcy traktują klientów jako ludzi drugiej kategorii. A tak naprawdę chodziło przecież o coś innego. Promocja miała ściągnąć nowy klientów, którzy wrócą już po całopłatną usługę. Niestety to tak nie zadziałało. Klienci nie czują się wyjątkowo traktowani i nie wracają.

Można mieć wrażenie, że ten model był ciekawą innowacją. Jednak to była moda. Trend, na którym popłynęło mnóstwo ludzi. Powstał nawet serwis AntyGroupon, który opisuje przypadki niezadowolonych klientów. Myślę, że dobrym pomysłem na zarobienie pewnej sumy pieniędzy było stworzenie czegoś takiego jak Groupon i po prostu, jak tylko zdobędzie się jakąś popularność, sprzedanie tego cuda. Ci ludzie, którzy tak postąpili pewnie wyszli na tym najlepiej.

Widać jeszcze jedną nadzieję dla tych serwisów. Zbudowały one wokół siebie spore bazy subskrybentów. Według badań wynika, że człowiek nie szuka konkretnych promocji. Częściej trzeba mu coś podsunąć. Tutaj doskonale sprawdzają się newslettery. Najlepiej spersonalizowane. To właśnie dzięki działaniom w sferze e-mail marketingu można sprawić, że klient wybierze kolejną promocję.

O samym e-mail marketingu można napisać kilkanaście książek. Niektórzy marketingowcy mówią, że w dzisiejszych czasach, to właśnie baza mailingowa jest złotem internetu. Serwisy zakupowe mają w swoich rękach olbrzymi kapitał. Są nim bazy. Najczęściej Ci, którzy podali e-mail już coś kupili na promocji. Nie każdy z nich został potraktowany, jak klient drugiej kategorii. To jest ogromny potencjał. Można proponować klientom konkretne oferty. I można wykorzystać bazę danych na temat tego klienta.

Wygląda na to, że liczba unikalnych użytkowników, którzy przybywają na strony zakupów grupowych będzie drastycznie spadać. Możliwe, że portale te staną przed wielkim wyzwaniem zadbania o lojalność swoich klientów. Najgorsze dla nich jest to, że nie mają oni do końca wpływu jak zostanie wykonana usługa, którą opłaci użytkownik. Ratunkiem w tej sytuacji jest dokładna selekcja partnerów. Trudno będzie odbudować szał, który trwał jeszcze w zeszłym roku. Szansą jest przebudowa modelu biznesowego, a dokładnie poprawienie jego funkcjonowania. Może niekoniecznie chodzi ludziom tylko i wyłącznie o najniższą cenę?

Myślę, że za jakiś czas powstanie nowa moda na sprzedawanie online. Wtedy może to kompletnie przyćmić serwisy zakupów grupowych. Ich jedyną nadzieją jest dobrze wymierzony e-mail marketing, korzystający z baz danych o użytkownikach. Muszą zawalczyć o lojalność użytkowników (to trudne gdy jest tyle serwisów działających na tej samej zasadzie). A może klub lojalnościowy? Pytanie tylko jak bardzo zaczęłoby to przypominać kluby zakupowe, jak np. zlotewyprzedaze.pl. To trochę inny model. Trudno przewidzieć przyszłość. Groupon pewnie będzie jeszcze działał długo. Ale co z jego klonami?


Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
1 | 2 |


Najnowsze komentarze
 
2017-11-20 07:05
angling do wpisu:
Wśród dużych graczy e-commerce
Amazan w ogóle do mnie nie trafia... co chciałem coś kupić to akurat nie było dostawy do Polski[...]
 
2016-10-06 09:48
MateuszCzech do wpisu:
Cudze chwalicie swego nie znacie!
Cześć Paweł! Dzięki za tak wiele miłych słów na temat Brand24 - to dla nas bardzo budujące i[...]
 
2016-04-11 19:43
ostatniKlient do wpisu:
Co dalej z Allegro?
allegro strzela sobie w kolano, już sami zaczęli sprzedawać jako GRUPA ALLEGRO taniej od swoich[...]
 




Kategorie Bloga



Ulubione blogi