napoleoński umysł
 Oceń wpis
   

Wreszcie znalazłem chwile, aby przeczytać jedną z książek, która ostatnimi czasy stała się hitem i trafiła na listy bestsellerów. Mowa oczywiście o publikacji zatytułowanej: Grywalizacja, autorstwa Pawła Tkaczyka. Termin wydaje się ciekawy, a podtytuł książki: jak zastosować mechanizmy gier w działaniach marketingowych dodatkowo zachęca. Czym jest ta grywalizacja i dlaczego warto się tym tematem zainteresować?

Na Pawła Tkaczyka trafiłem kilka lat temu, gdy oglądałem prezentacje z TEDxPoznań. Stopniowo widziałem, jak jego pozycja eksperta w polskiej części internetu znacznie rośnie. Był on prelegentem na wielu ciekawych konferencjach, a nawet wykładowcą akademickim. Jest właścicielem bardzo ciekawej agencji reklamowej Midea, oraz prowadzi bardzo poczytnego bloga, czy podcast. Grywalizacja jest jednym z tematów, któremu się poświęca i postanowił aby w Polsce termin ten był kojarzony z jego nazwiskiem. Stąd między innymi książka o takim samym tytule, która stała się bestsellerem. Fakt, że udało mu się to zrobić świadczy o tym, jak dobrym jest marketingowcem. Jest to jedna z tych mądrych osób w polskim internecie, której warto posłuchać.

Książka nie jest gruba. Ma lekko ponad 150 stron. Okładka jest bardzo fajnie stworzona i co ciekawe: już na niej pojawia się element gry :). Czym jednak jest grywalizacja? W książce autor nie skupiał się tylko na tym, aby wytłumaczyć to tylko pod kątem marketingowym, ale jako termin ogólnie. Dzięki temu ma się większy i bardziej przejrzysty wgląd w te ciekawą ideę. Prawdą jest, że grywalizacja to po prostu wprowadzanie elementów gry czasem w dość nieoczywistych miejscach. Przykładem takiej gry może być rywalizowanie ze znajomymi na temat kto na konkretniej trasie zużyje najmniej paliwa. Co ciekawe: koncerny motoryzacyjne już to testują :).

Prawdziwą potęgę tego rozwiązania uzyskuje się w momencie gdy żongluje się różnymi pomysłami na zaangażowanie użytkowników. Z grywalizacją możemy mieć zarówno do czynienia w przypadku gier komputerowych, jak i w pracy czy w szkole (choć z tym ostatnim jest najtrudniej i jak przyznaje sam autor: szkoła musi się zmienić!). Gdy widzimy potencjał gry komputerowej, to wiemy, że to coś więcej niż ładna grafika, czy dobrze napisany kod. To również coś, co wywołuje interakcje. Fajnym przykładem z życia są statusy i poziomy. Tak jak karta American Express może świadczyć o naszym statusie w prawdziwym życiu, tak na przykład status: zabójca smoków może dużo wprowadzić do rozgrywki, w której bierzemy udział.

Są różne typy graczy, tak jak są różne typy ludzi. Gdy chcemy skonstruować dobrą grę, to musimy wziąć pod uwagę, że są na przykład gracze, dla których najważniejsze są wyniki i statystyki, a z drugiej strony są gracze, którzy stawiają na interakcję z innymi graczami. Ten drugi typ podobno częściej przejawia się u kobiet. Ma to być powód dlaczego kobiety tak bardzo lubią portale społecznościowe. Czy jeśli skupię się na wszystkich typach graczy to osiągnę większy sukces z moim pomysłem? Tak, jak powiedziałem: ludzie są różni i mają różne potrzeby. Jeśli chce się stworzyć coś, co trafi tak samo dobrze do różnych typów ludzi, to trzeba wziąć to pod uwagę.

Książka ta uświadomiła mi bardzo ważna rzecz, z której wcześniej nie zdawałem sobie sprawy. Co ciekawe zostało to poparte badaniami naukowymi. Każdy człowiek ma w sobie dwie przestrzenie. Z jednej strony jest to przestrzeń społeczna, a z drugiej ekonomiczna. W publikacji przede wszystkim mówiono tutaj pod kątem grywalizacji w miejscu pracy, ale myślę, że ma to szersze zastosowanie. Przestrzeń społeczna, to ta, która daje czystą przyjemność z gry. Okazuje się, że większą radość ze zrobienia czegoś możemy mieć wtedy, gdy zostaniemy poproszeni o przysługę, niż wtedy, gdy się nam zapłaci. Przestrzeń ekonomiczna, to natomiast ta przestrzeń, która wiąże się z pieniędzmi. Przykładem może być wypłata. Z tego, co zrozumiałem: najlepsze efekty uzyskuje się wtedy, gdy połączy się obie przestrzenie. Aczkolwiek wychodzi na to, że przestrzeń społeczna, która daje czystą przyjemność z gry może okazać się ważniejsza.

Szczerze polecam tę książkę! Zdecydowanie poszerza horyzonty!

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

W dniu dzisiejszym trafiłem na ciekawostkę na temat Kevina Mitnicka. Nie wiem, czy jeszcze pamiętasz go drogi Czytelniku. Jednak z pewnością był to najbardziej medialny haker komputerowy końca XX wieku. Dzisiaj dowiedziałem się, że na rozprawie sądowej przekonano wymiar sprawiedliwości do tego, żeby trzymać go w miejscu odosobnienia, bez możliwości skorzystania z budki telefonicznej. Przekonano sędziów, że za pomocą tego urządzenia mógłby włamać się do NORAD (Dowództwa Obony Północnoamerykańskiej Przestrzeni Powietrznej i Kosmicznej) i gwiżdżąc do słuchawki odpalić pociski nuklearne.

Mitnick spędził w izolacji 8 miesięcy, ponieważ agenci federalni popadli w paranoję. To jednak przypomniało mi książkę, którą czytałem jeszcze w gimnazjum. Z tego co pamiętam napisał ją dziennikarz, który miał kontakt z Mitnickiem w czasie, gdy był on ścigany przez wymiar sprawiedliwości. W momencie gdy go złapano groziło mu kilkaset lat więzienia. Ach te amerykańskie prawo :). Ostatecznie sprawa zamknęła się w kilku latach odsiadki, ponieważ Kevin nigdy nie miał korzyści materialnych ze swoich włamań na serwery największych firm.

Jak Mitnick sam przyznał jest on jedynie najpopularniejszym haker. Nie oznacza to, że jest najlepszy. Jak stwierdził: Najlepszych hakerów nigdy nikt nie pozna. W sumie można tak mówić dzisiaj o grupie aktywistów Anonymouse. Być może z zapowiadanym zniszczeniem Facebooka nic nie wyszło, ale do serwerów Sony jednak się włamali. Jak dotąd nikogo w tej sprawie nie zatrzymano.

Wpis ten ma dość przewrotny tytuł łamałem ludzi nie hasła. Taki tytuł miała książka Mitnicka, która rozeszła się jak ciepłe bułeczki. Warto zauważyć co niesie za sobą ten slogan. Mitnick nie był jakimś mistrzem łamania haseł. Miał jednak inne metody. Nazywało to działanie socjotechniką. Był on w stanie na przykład zadzwonić do konkretnej osoby w firmie i podać się za administratora. W ten sposób łatwo można było zdobyć superzabezpieczone hasła. Mitnick z pewnością wiedział sporo o świecie hackingu. Jednak jego największą metodą jest socjotechnika. Choć przyznawał się, że był w stanie grzebać w śmieciach by znaleźć konkretne informacje.

Także warto pamiętać, że bezpieczeństwo to w dużej części element zależny od nas. Oczywiście różne systemy informatyczne są coraz bardziej zaawansowane i coraz trudniej jest złamać hasła. Jednak wielokrotnie można było usłyszeć o tym, jak ludzie wchodzili na strony, które do złudzenia przypominały wyglądam np. konto bankowe. Tam podawali hasła i inne informacje. Warto w takim wypadku zwrócić uwagę na adres strony. Choć trzeba przyznać, że oszuści są coraz bardziej sprytni. Także pamiętaj - bezpieczeństwo w wielkim stopniu zależy od Ciebie.

Żyj bezpiecznie!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

 Witaj!

Jestem wielkim fanem magazynów biznesowych. Jednak niektóre z nich są jakby tworzone z przymusu. Z pewnością nie można tego powiedzieć o amerykańskim Forbesie. Jakże wielką radość dał mojemu sercu fakt, że od jakiegoś czasu ukazuje się jego młodsze dziecko. Pierwszy Milion. Czy warto go czytać? Dla kogo jest on adresowany?

Pierwszy Milion to coś, co zdecydowanie zapełnia lukę na rynku. Jedyny porównywalnym magazynem pod względem tematyki jest Proseed. Ten drugi jest poświęcony przede wszystkim branży startupowej. Jest to trochę węższa tematyka niż Pierwszy Milion. Jednak twórcy Proseeda udowadniają, że naprawdę jest o czym pisać na ich podwórku.

Młodsze dziecko Forbesa dotyczy nie tylko branży internetowej. Poświęca się tam mnóstwo miejsca na tradycyjne biznesy. Magazyn podzielono na kilka działów, jak na przykład E-Milion, czy Miliona brak. W każdym numerze pojawia się artykuł, który opowiada o tym, jak w jakiejś kategorii można zrobić biznes. Autorzy podają przynajmniej siedem przykładów. Może to być biznes z dzieckiem na rękach, czy biznes zimową porą. To ciekawe jak wiele pomysłów można znaleźć nawet w najprostszych tematach! Z pewnością redaktorzy Pierwszego Miliona poświęcają sporo czasu, aby zredagować swoje artykuły.

Ten magazyn to niesamowita dawka inspiracji dla przedsiębiorczych! Na ponad stu stronach każdy, kogo kręci biznes znajdzie coś dla siebie. Tak, jak napisałem Forbes znalazł niszę. Na chwilę obecną magazyn wchodzi co dwa miesiące. Jednak jest to niezły postęp, ponieważ początkowo był kwartalnikiem. Można go dostać w Empiku, a nawet w salonach prasowych. Z pewnością w miarę jak tytuł będzie bardziej znany i chętniej kupowany, to także dystrybucja się rozwinie.

Czym różni się ten magazyn od macierzystego Forbesa? Forbes to w dużej części większy biznes. Jest też dużo tematów ekonomicznych. Ja mimo, że czytam go kilka lat ciągle trafiam na terminy, słowa, których nie znam. Forbes ma w sobie niesamowitą dawkę inspiracji, ale również dużo miejsca poświęca się aktualnym problemom gospodarczym. W swojej dziedzinie jest absolutnie numerem jeden! Ma swoich stałych czytelników i wydawanie go na naszym rynku ma rację bytu. Czym w stosunku do niego jest Pierwszy Milion? Myślę, że ekonomiści i inwestorzy nie znajdą w nim za wiele ciekawych rzeczy. Natomiast jeśli ktoś szuka pomysłu na biznes, lub chociaż porządnej dawki inspiracji, to tutaj ją zdecydowanie znajdzie. Magazyn jest robiony jeszcze bardziej na luzie. Forbes ma ciekawy sposób prezentowania informacji, jednak jest to magazyn gospodarczy, więc ma pewne ograniczenia. Pierwszy milion ma mniej takich obowiązków. Różnica jest również w skali opisywanych biznesów. Pierwszy milion to takie biznesy, które jeszcze nie osiągnęły tego wymarzonego miliona, albo takie, które są krótko po tym. Oczywiście są wyjątki. Kilka numerów temu opisano portal FAB.com, który najszybciej na świecie zdobył milion użytkowników. Co ciekawe zaczynał jako portal randkowy dla gejów :).

Czy warto czytać Pierwszy Milion? Zdecydowanie TAK! Jest to profesjonalny magazyn w tematyce, której nie poruszano na naszym rynku. Dziennikarze bardzo się przykładają do jakości swoich artykułów. Myślę, że wpływ na to może mieć fakt, że Forbes i Pierwszy milion mają tego samego redaktora naczelnego. Pan Kurpa jest mistrzem w trafianiu w samo sedno pisząc wstępy do obu magazynów!

W najnowszym numerze jest sporo o modzie. Przedstawiono także sylwetki startupowych milionerów. W tym oczywiście gwiazdy ostatnich tygodni Łukasza Misiukanisa z Socializera. Szczerze polecam ten zakup. Cena magazynu to jakieś 15 zł. Pamiętam, jak kupowałem Forbesa w liceum i ludzie się dziwili jak można zapłacić tyle za sam papier. No cóż! Dla mnie film na dvd nie jest wyznacznikiem jakości magazynu. To jego artykuły są najważniejsze! A już niebawem w Forbesie lista najbogatszych. Ciekawe czy będą jakieś roszady na szczycie!

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

Witaj!

Steve'owi Jobsowi przyszło żyć w ciekawych czasach. Czy wykorzystał on swoje życie maksymalnie? Czy zapisze się na kartach historii jako jeden z największy ludzi naszego stulecia? Zapraszam do zapoznania się z opisem biografii Waltera Isaacsona.

Pamiętasz ten moment, gdy zmarł Jobs? Media zwariowały! Szczególnie warte uwagi są przeróżne memy, które składały mu hołd. To było totalne szaleństwo! Ta informacja była na ustach wszystkich. Nawet to, że niektórzy starali się to obrócić w żart nie miało kompletnie znaczenia. Jobs w naszych oczach stał się wielkim człowiekiem. Będzie on kimś, kto zapiszę się w historii. Kim on jednak tak naprawdę był?

Walter Isaacson włoży naprawdę ogrom pracy, aby przygotować profesjonalną biografię. Dużo rozmawiał on z samym Jobsem w ostatnich latach życia. Poświęcił także sporo czasu, aby porozmawiać z niemal setką osób związanych ze Stevem. Była to rodzina, jak i przyjaciele i wrogowie. Było to solidne dziennikarskie śledztwo. Co ciekawe: sam Jobs nie autoryzował biografii. Chciał, aby była ona jak najbliższa prawdy.

Mógłbym teraz poświęcić wiele zdań temu jak Jobs został adoptowany, jak spędził mnóstwo czasu w Indiach szukając swojej duchowej drogi. Mógłbym wspomnieć, że uważał, że jeśli ktoś nie spróbował LSD to nie wiedział tak dużo o życiu, jak mu się wydawało. Miał on również nieślubną córkę, do której na początku się nie przyznawał. Wszystkie te fakty z życia prywatnego założyciela Apple są dowodem na to, że nie będzie to pomnikowa postać, To był po prostu człowiek. Dzięki nim ten wizjoner wydaje nam się dużo bardziej ludzki. Popełniał błędy, święci wielkie sukcesy, miał swoje fanaberie i upodobania. Isaacson nie starał się go wybielić tylko ukazać takim, jakim on był naprawdę. Czy to mu się udało?

Jobs, to nazwisko należy utożsamiać z dwoma wielkimi markami: Apple i Pixar. W biografii wiele miejsca poświęcono temu jak Wozniak i Jobs tworzyli Apple. Jak zdobywali inwestorów, tworzyli kolejne produkty. Jednak gdzieś w trakcie pisania książki Steve Wozniak się rozmywa. Był on założycielem najpotężniejszej firmy świata, a jednocześnie zniknął gdzieś w czasie jej rozwoju. Nie chciał być w peletonie. Wystarczyła mu funkcja zwykłego inżyniera. Co jednak z Apple? To było cudowne dziecko Doliny Krzemowej. Każdy chyba kojarzy, jak włodarze IBMu przewidywali, że zapotrzebowanie na komputery osobiste można obliczyć na maksymalnie 10 sztuk! Mylili się! To Apple miało rację. Dzięki tej firmie rozwinął się przemysł komputerowy. Coś niesamowitego. A co z Pixar? Jest moment, w którym Steve Jobs kłóci się z ówczesnym prezesem Apple Scullym i zostaje odwołany przez zarząd Apple. W tym momencie urażony sprzedaje wszystkie akcje firmy, które posiada i szuka miejsca gdzie indziej. Z jednej strony decyduje się na dalszą walkę na rynku komputerów ze spółką NeXT. Z drugiej strony kupuje od George'a Lucasa studio animacji trójwymiarowej Pixar. Dzięki NeXT'owi udaje mu się wrócić do Apple. Natomiast Pixar sprawia, że staje się on znany z jeszcze jednej rzeczy. Z bycia propagatorem animacji 3d!

Pixar okazał się wielkim sukcesem. Podjął on współpracę z wytwórnią Disney'a, z którą stworzył 10 następujących po sobie hitów kasowych. Zaczynając od Toy Story. Ostatecznie Disney kupił Pixara za kilka miliardów dolarów. Do dzisiaj korzysta z jego możliwości i przygotowuje kolejne filmy. Można by myśleć, że Jobs jest niczym Midas i każde kolejne projekty wychodzą mu fenomenalnie. Jednak sam NeXt miał ogromne problemy ze sprzedażą i utrzymaniem się na rynku. Był to raczej dobry powód, aby powrócić do swojej macierzystej firmy. Apple kupiło NeXta, bo potrzebowało transfuzji technologicznej. Macinotsh miał dostać jego system operacyjny. W momencie sprzedaży tej firmy Jobsowi, dzięki kilku mirażom udało się dostać na stanowisko prezesa Apple. Nie zastanawiało Cię jak to jest, że Apple było swego czasu wyceniane na 300 miliardów dolców, a Jobs nie jest na szczycie zestawienia najbogatszych? Oto odpowiedź: sprzedał swoje akcje w chwili odejścia, a przy powrocie udało mu się dostać opcje na akcję na zawrotną ilość 5% wszystkich akcji. Jednak ten człowiek miał w głębokim poważaniu, że nie będzie się ścigał w jednej linii z Billem Gatesem na prywatny majątek. Powiedział kiedyś nawet, że nie chce zostać najbogatszym człowiekiem na cmentarzu.

Powrót Jobsa zwiastował zmiany. Pierwsza rzecz, którą zrobił to uporządkował portfel produktów. Stworzył kwadrant na którym były cztery wartości: Komputery stacjonarne do domu, komputery przenośne do domu, komputery stacjonarne dla biznesu i komputery przenośne dla biznesu. Tym jednym ruchem stworzył nowy ład w produktach Apple. To był czas, gdy ich komputery były dość niszowe. Jednak czas wielkich zmian miał właśnie nastać. Jobs okazał się mistrzem wyszukiwania zaniedbanych nisz. Pierwszym krokiem giganta z Cupertino było stworzenie odtwarzacza mp3. Wydawało się to banalne, ale wtedy nie było na rynku czegoś, co spełniałoby dwa główne założenia produktów Apple: coś, co było piękne i proste w obsłudze. Problem okazały się same pliki mp3, które ściągane z internetu mogły być na przykład zawirusowane. Druga kwestia była tak, że najczęściej były one nielegalne. I tak powstał pomysł, by rozczłonkować albumy muzyczne i sprzedawać je na sztuki. Jobs długo negocjował z największymi wytwórniami. Jedna z nich żądał udziałów w sprzedaży odtwarzacza nazwanego iPodem. Jednak pod presją pozostałych prezes ugiął się i Jobs wszedł w branżę muzyczną na swoich warunkach.

Pamiętam ten moment, gdy iPod z iTunes okazywały się coraz większym hitem. Wtedy w magazynie BusinessWeak przeczytałem, że Apple nie ma takiej mocy przerobowej, aby wejść w branżę telefonów komórkowych. Krótko po tym świat usłyszał o iPhone'ie. To nie jest tak, że wcześniej nie tworzono smartfonów. Robił je nawet Microsoft! Jednak nikt nie potrafił ich sprzedać! I wtedy wkroczył Jobs, który miał na tyle odwagi i pomysłowości, że uczynił z tego telefonu prawdziwy hit sprzedażowy. Co ciekawe na początku pracowano nad wersją telefonu z przyciskiem nawigacyjnym takim, jak w iPodzie. Okazało się to totalną porażką, ponieważ to rozwiązanie nie nadawało się do telefonu komórkowego. Jednak udało się stworzyć ekran dotykowy, który okazał się prawdziwym hitem!

Nadejście tabletów było tylko kwestią czasu. Choć tak naprawdę najpierw wymyślono tablet, a potem postanowiono poczekać jeszcze trochę z tym pomysłem i wykorzystać technologie do smartfona. Myślę, że czas wielkich triumfów tabletów jest ciągle przed nami. Sporo szansą może być resort edukacji i zastąpienie tradycyjnych, ciężkich książek tymi urządzeniami.

Z wątków, o których warto wspomnieć tak na zakończenie wymieniłbym dwa: wojna z Adobe i niechęć do Appstore. Może zacznę od końca. Appstore jest ogormnym sukcesem Apple. Znajdują się na nim aplikacje do smartfonów i tabletów. Jednak przez długi czas Jobs nie chciał słyszeć o tym pomyśle. Uważał on, że jedyną firmą, która ma wykonywać aplikacje ma być samo Apple. Wynikało to z jego podejścia całościowego. Najlepiej porównałbym to do zakupu produktu. Jeśli któryś dział nawali, to w oczach klienta nawaliła cala firma. Tak jest również z doświadczeniami korzystania z produktów. Jobs chciał mieć całkowitą władzę nad tym jak emocje wywołuje u swoich klientów. Stworzenie Appstore'a sprawiłoby, że część tej odpowiedzialności spoczęłaby na niezależnych producentach. Dlatego znaleziono rozwiązanie pośrednie. Apple zatwierdza jakie aplikacje zostaną umieszczone w Appstore. Więc nie każdy może tam trafić. Szczególnie na celowniku jest pornografia, której Jobs powiedział stanowcze NIE. Drugi wątek to wojna z Adobe. Kiedy Jobs tworzył Macintosha chciał, żeby Adobe przygotowało swoje programy na tę platformę. Nie zostało to zbyt dobrze przyjęte przez władze spółki i odmówiono. Po latach Jobs postanowił, że iPhone nie będzie obsługiwał Flasha, jednego z głównych produktów Adobe. I tak jest do dzisiaj! Powstają różne emulatory, które mają ułatwić korzystanie z Flashowych aplikacji. Jednak sam w sobie Flash nie jest obsługiwany. Pamiętliwa bestia była z tego Jobsa ;).

Serdecznie pragnę polecić te książkę! Jest ona warta przeczytania przez wszystkie osoby, które interesują się biznesem, nowymi technologiami, czy Apple. Jeśli lubisz książki biograficzne, to również Ci się ona spodoba. Jest to solidna praca dziennikarska doświadczonego biografa. To z niej dowiesz się rzeczy, których nie znajdziesz nigdzie indziej! Polecam!

Pozdrawiam!

Paweł Kowalski

 


Najnowsze komentarze
 
2016-10-06 09:48
MateuszCzech do wpisu:
Cudze chwalicie swego nie znacie!
Cześć Paweł! Dzięki za tak wiele miłych słów na temat Brand24 - to dla nas bardzo budujące i[...]
 
2016-04-11 19:43
ostatniKlient do wpisu:
Co dalej z Allegro?
allegro strzela sobie w kolano, już sami zaczęli sprzedawać jako GRUPA ALLEGRO taniej od swoich[...]
 
2016-03-06 03:38
Udjsjsjs do wpisu:
BlaBlaCar: czy za damo umarło?
Typowy pokaczek.wszystko za darmo....tam pracuja ludzie...to duza firma...z czegos musza zyc...
 




Kategorie Bloga



Ulubione blogi