napoleoński umysł
 Oceń wpis
   

Korzystając z okazji, że nasza reprezentacja w piłce nożnej tak fantastycznie grała z Portugalią w dniu wczorajszym postanowiłem się przyjrzeć temu wszystkiemu pod kątem tematyki tego bloga. Niniejszy felieton będzie się obracał zarówno wokół biznesowej strony piłki nożnej, jak i przeżyć kibica gdy jego reprezentacja gra historyczny mecz.

Pamiętam bardzo ciekawy artykuł w pewnym biznesowym czasopiśmie, w którym jasno podkreślono, że są dziedziny sportu, na których się zarabia i takie, na których przychody są dużo mniejsze. Zdecydowanie piłkarze to ta grupa zawodowa, która zarabia ogromne pieniądze. Jak to zwykle w życiu bywa ma tu zastosowanie zasada Pareto. Mówi ona, że 80% wyników należy do 20% populacji. I tak można wywnioskować, że 10% piłkarzy zarabia 90% pieniędzy z tego sportu. Nie jest to jakieś nadnaturalne. Po prostu tak jest.

Pamiętam mądre słowa o bokserach, że najlepsi bokserzy walczą wiele amatorskich i półprofesjonalnych walk po to, aby pewnego dnia pojawić się na Madison Square Garden w walce o mistrzowski pas i z możliwością zarobienia ogromnych pieniędzy. Z piłkarzami jest podobnie: przez lata grają po to, aby pewnego dnia kupiła ich drużyna z ligi angielskiej, niemieckiej, czy hiszpańskiej. Polska liga nie jest ligą, w której grają najdrożsi piłkarze. Choć jak wiadomo to często w niej zaczynają wielkie gwiazdy tego sportu, zaczynając od osławionego Roberta Lewandowskiego.

Są dwa punkty widzenia na granie w reprezentacji. Pierwszy, bardziej wzniosły, to reprezentowanie swojej Ojczyzny. Jakże pięknym byłby świat gdyby walka między krajami odbywała się tylko na boiskach. Jak wiemy dzisiejszy świat nie może obyć się bez konfliktów zbrojnych. Może jednak nasze dzieci doczekają czasów, w których frontami będzie tylko boisko, czy prowadzenie własnej firmy. Nasz świat robi się coraz bardziej ucywilizowany, choć jak uczy historia: cywilizacją ciężko żyć bez konfliktów zbrojnych. Drugi punkt widzenia to oczywiście pokazanie swoich umiejętności dla chwały i sławy, co oczywiście przekłada się na pieniądze. Mecze finałowe w Mistrzostwach Europy, czy Świata oglądają miliony. Daje to konkretne przełożenie na kontrakty reklamowe. Z drugiej strony mecze te oglądają osoby zajmujące się transferami piłkarzy. Dobre pokazanie się może oznaczać przejście do znaczącej drużyny i lepsze warunki kontraktu.

Oczywiście takie mistrzostwa to ogromne pieniądze dla federacji je organizującej. Nie liczyłbym raczej na ogromne dochody z biletów, ale wszelkie reklamy to pokaźne źródło dochodów. Są sponsorzy, którzy budują na tym wartość marki. Jest tak zarówno z Ligą Mistrzów, jak i wszelkimi mistrzostwami. Tak, jak zauważyłem: mecze te oglądają miliony. Nie wiem z czego wpływy są większe: z reklam sponsorów, czy opłat licencyjnych wnoszonych przez stacje telewizyjne. Cały szał mistrzostw to świetny biznes i trzeba mieć tego świadomość.

Jedyne, co jest smutne w karierze sportowca to, to że ona się po prostu kiedyś kończy. Dlatego pieniądze, które się zarabia powinno się dobrze inwestować. Dobrymi przykładami pod tym kątem są Marcin Gortat i Robert Lewandowski. Obaj panowie bardzo zmyślnie inwestują pieniądze, które zarabiają. Jak w wywiadzie przyznał Gortat: ma on odpowiednio zdywersyfikowany portfel inwestycji. Natomiast Lewandowski zasłynął z inwestycji w ZnanegoLekarza. Trzeba przyznać, że zdarzają się wypadki, w których sportowcy wydają więcej niż zarobili. Dobrym przykładem jest tutaj Mike Tyson. Jednak widać trend, w którym sportowcy są coraz bardziej świadomi w inwestowaniu.

A wracając do wczorajszego meczu, to pewnie wielu naszych piłkarzy na nim skorzysta. Na nim i na całych tych Mistrzostwach. Robert Lewandowski ma już wyrobioną markę w światku piłkarskim, ale dla młodziutkiego Bartosza Kapustki może się to okazać bardzo opłacalne wydarzenie. Tak od strony kibica chciałbym dodać, że to było wielkie święto, ponieważ rzuty karne, które zadecydowały o wyniku są tak naprawdę loterią. Dlatego są one ostatecznością gdy już kompletnie nie wiadomo kto wygrał mecz. Kolejna dogrywka po prostu byłaby nie do wytrzymania dla piłkarzy. Trzeba przyznać, iż taki mecz to ogromny wysiłek fizyczny. My, zwykli śmiertelnicy, pewnie nie zdajemy sobie sprawy jak wielki! Gratuluję Panowie! Odczarowaliście ten sport w naszym kraju!

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

Ten tajemniczy tytuł nie ma sugerować, że biznes się jakoś dzieli i należy podchodzić do niego na podstawie poszczególnych elementów. Tak naprawdę biznes jest cały czas jeden i to mimo dzielenia go na branże, sektory i segmenty. Widać jednak w ostatnich latach próby powtórzenia sukcesu najsłynniejszego z klastrów: Doliny Krzemowej. Czy takie próby mają sens?

Może zacznijmy od tego czym właściwie jest klaster przemysłowy. Wiem, że ostatnio zrobiło się o tym głośno, ale sam koncept kształtował się przynajmniej od kilkudziesięciu lat. Weźmy za przykład wspomnianą już Dolinę Krzemową. Myślę, że jej wielkość wynika przede wszystkim z naturalnego powstawania. Z jednej strony są tam wielkie uczelnie, jak Stanford, a z drugiej strony sprzyjający klimat geograficzny. Choć z pewnością ta pierwsza rzecz miała większe znaczenie. W końcu wielu znanych studentów wywodzi się stamtąd. Przykładem mogą być założyciele Google, którzy byli doktorantami na Stanfordzie.

Ścisła współpraca świata naukowego, świata biznesu i świata samorządowego jest charakterystyczna dla klastra przemysłowego. Ten ostatni nie jest aż tak mocno zauważalny w Dolinie Krzemowej, ale jest bardzo charakterystyczny dla klastrów powstających w Unii Europejskiej. Widać jak politycy chętnie angażują się w takie inicjatywy. Większość powstałych w ten sposób tworów jest bardzo młodych i ciężko powiedzieć czy taka koncepcja na klaster się sprawdzi. Na chwilę obecną wiadomo, że Dolina Krzemowa jest tylko jedna :).

Sam pomysł na klastry przemysłowe jest bardzo ciekawy. W jednym obszarze gromadzą się organizacje, które działają w tym samym zakresie. I tak w samej Polsce mamy klastry lotnicze, czy turystyczne. Klastry zgromadzone wokół technologii, telekomunikacji, czy multimediów wydają się być oczywiste. Jak jednak powszechnie wiadomo technologia napędza gospodarki świata i przez cały czas będzie popyt na takie rozwiązania. Nie wiem tak naprawdę czy klasterem przemysłowym nie powinno się nazwać czasów z początków Hollywood. Historia uczy nas, że wielcy twórcy, jak bracia Warner uciekli tam przed patentami Edisona. Pewnie nie było tam początkowo współpracy z uczelniami, ale kooperacje między twórcami filmowymi przeszły do historii.

Wszyscy jednak zachwycają się wymienianą w tym felietonie wielokrotnie Doliną Krzemową. To tam gromadzą się największe pieniądze naszych czasów. Jeśli chce się stworzyć wielki projekt technologiczny (na przykład aplikację internetową), to powinno się tam wybrać chociażby po to, aby nauczyć się jak zarządzać firmą, która ma szansę być warta miliardy dolarów. Powstają firmy o bardzo dużych wycenach w innych częściach świata. Nie ma jednak drugiego takiego miejsca na naszym globie, gdzie byłoby ich tak dużo. A wyceny są często astronomiczne! Co jednak zrobić, aby powtórzyć ten sukces?

I to jest właśnie najtrudniejsze pytanie, na które tak naprawdę nikt do końca nie zna odpowiedzi. Na razie mamy falę projektów wspieranych przez polityków w ramach wszelkich projektów unijnych. Czy któryś zakończy się sukcesem na miarę Doliny Krzemowej? Myślę, że nie wierzą w to sami ich twórcy. Bo jest to poprzeczka ustawiona astronomicznie wysoko. Jakby policzyć wartość wszystkich firm z obszaru Doliny Krzemowej, to byłaby ona wyrażana w bilionach dolarów. Samo Apple jest wyceniane na 710 miliardów dolarów amerykańskich! Mam jednak wrażenie, że jeśli komuś w Polsce udałoby się stworzyć klaster, w którym wycena wszystkich firm wynosiłaby kilkanaście miliardów, to byłby to wielki sukces. Jednak to chyba nie o wyceny tu do końca chodzi, tylko o to by lepiej prowadziło się biznes i mógł on się rozwijać w przyjaznych warunkach. I tego wszystkim klastrowiczą życzę!

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

Jak to mam w zwyczaju postanowiłem spojrzeć na najważniejszego newsa ostatnich dni - z mojej perspektywy. Co da gigantowi z Redmond kupienie tak dużej firmy, jak LinkedIn? To jest najważniejsze pytanie w tej kwestii.

W felietonach na tym blogu wielokrotnie podkreślałem, że dzisiaj nie walczy się na konkretne produkty, a najważniejszym elementem biznesowej układanki jest ekosystem. Tu nie chodzi o to, że  Google ma fajny system operacyjny i to w całości buduje jego wartość. Należy wziąć pod uwagę, że również wyszukiwarka, poczta, czy sklep z aplikacjami budują wartość całej firmy. W dniu dzisiejszym można mówić o 3 istotnych ekosystemach: Apple, Google i oczywiście Microsoftu. Oczywiście ktoś może się oburzyć, że nie wspomniałem o Facebookowym ekosystemie. Należy jednak zauważyć, że ściśle współpracują oni z Microsoftem, stąd uznałbym to za jeden ekosystem chociaż obdzielany na dwie duże firmy.

Android jest aktualnie największym systemem operacyjnym na świecie. O ile w komputerach klasy PC Windows nadal rządzi, to jednak urządzeń klasy Post-PC zaczyna być po prostu więcej. Microsoft chce się wydostać z sytuacji, w której się znalazł. To z pewnością jest jeden z powodów dlaczego przejął dział telefonów komórkowych od Nokii. Drugim ważnym przejęciem był oczywiście Skype. Obie transakcje były wycenianie na grube miliardy. Gdyby jednak je zsumować, to i tak zapłacono łącznie mniej niż teraz za LinkedIn. To musi nam jasno pokazywać jak bardzo Microsoftowi zależało na tej firmie!

Gdzieś pojawiły się głosy, że to największa transakcja przejęcia od kilku lat. W zeszłym roku było głośno o Whatsapp, które przejął Facebook, a dzisiaj Microsoft podbił stawkę. Wróćmy jednak do pytania z pierwszego akapitu tego felietonu: co Microsoft zyska na tej transakcji? Ja jako człowiek patrzący na biznes w szerszej perspektywie mogę stwierdzić, że wygra ekosystem Microsoftu. A przede wszystkim ta jego część związana z działaniami zawodowo-profesjonalnymi. W tej kwestii w moim odczuciu można postrzegać bardzo solidnie pozycję Microsoftu. Wszelkie produkty związane z Officem, czy opcje konferencyjne Skype. Warto też zauważyć, że cały czas podstawowy produkt MS, czyli Windows, zawsze był przygotowywany w wersji Professional.

Ekosystem to najważniejszy element każdej liczącej się firmy. Czasy, w których wygrywało się pojedynczym produktem bezpowrotnie minęły. Microsoft doskonale widzi, że musi on budować wartość swojego ekosystemu. Jak dotąd nie wziął się on za stworzenie własnego portalu społecznościowego, czego efektem jest coraz szersza współpraca z Facebookiem. Czy kupienie LinkedIn ochłodzi te relacje? Ciężko powiedzieć, ponieważ oba portale mimo swojego społecznościowego aspektu, spełniają nieco inne role. Nie wiadomo jednak jak zapatruje się na to zespół Marka Zuckerberga. Jednak własna społecznościówka w wymiarze profesjonalnym może okazać się dla Microsoftu niezwykle cenna!

Gdy Microsoft zintegruje swoje produkty z LinkedInem (tak jak zrobił to chociażby w przypadku Skype'a), to oba byty na tym skorzystają! Należy pamiętać, że biznesowa społecznościówka to również niezwykle wartościowa baza danych. Te informacje mogą się okazać cenne jak złoto! Jak powszechnie wiadomo żyjemy w Erze Informacyjnej, więc to informacja jest najcenniejszym towarem. W momencie kiedy Microsoft zacznie wykorzystywać te terabajty danych, to będzie mógł  odnieść korzyści dla pozostałych elementów firmy. Microsoft zaczyna walkę na nowo!

Pozdrawiam!
Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

Nie wiem czy jest jeszcze ktoś surfujący w polskim internecie, kto nie słyszał o serwisie ZnanyLekarz.pl (jego odpowiednik na świat to DocPlanner). Ostatnie kilka dni to gorący okres w światku internetowych przedsięwzięć, ponieważ wymieniona przeze mnie spółka otrzymała 20 milionów dolarów nowej inwestycji. Jak mówią sami twórcy: większa część udziałów jest nadal w rękach założycieli. Już są pierwsze efekty tej kosmicznej inwestycji portal przejął swoją hiszpańską konkurencję. Dzięki temu stał się jednym z największych w tej kategorii.

Czym właściwie jest ZnanyLekarz? Jest to cudowne dziecko Mariusza Gralewskiego, który swego czasu stworzył bardzo znany w polskiej sieci serwis GoldenLine. Smaku ZnanemuLekarzowi dodaje fakt, że wśród jego inwestorów znajduje się piłkarz Robert Lewandowski. Jak widać: sportowiec ma nosa gdzie inwestować pieniądze, ponieważ portal rośnie bardzo szybko. Idea jest prosta: ułatwić życie lekarzom i pacjentom. Masz dość umawiania wizyt w tradycyjny sposób i chciałbyś przejść do ery web 2.0, gdzie wszystko można załatwić za pomocą kilku kliknięć myszki? ZnanyLekarz to rozwiązanie Twoich problemów!

Wraz za ZnanymLekarze powstało mnóstwo kalek tego portalu. Skoro lekarze mogą umawiać wizyty, to dlaczego nie mieliby tego robić fryzjerzy? Trend ogólnie rzecz ujmując jest słuszny. Ryzykiem może być jedynie pewna masa krytyczna, która jest wymagana do efektywnej działalności. Wcześniej można być za małym, aby ktoś sensownie się nami zainteresował. W takim samym modelu działa na przykład booking.com, który jest światowym liderem rezerwacji hotelowych online. Droga ZnanegoLekarza charakteryzuje się tym, że uderza on w gigantyczny rynek, którym ma niewyobrażalny dla zwykłego człowieka potencjał!

Skoro już teraz jest tak dobrze i ZnanyLekarz otrzymuje dziesiątki milionów na swoją działalność od inwestorów, to co dopiero będzie za 5 lat! Myślę, że portal ten spokojnie ma szansę stać się polskim jednorożcem (spółką wycenianą na przynajmniej miliard dolarów). A takich spółek nam jeszcze brakuje! Czy jest szansa aby to się stało w ciągu najbliższych kilku lat? Ogromna! Spółka rośnie jak na drożdżach. Są pieniądze a rozwój! Nic tylko czekać, aż zostaną ujawnione kolejne gigantyczne wyceny. A może to Mariusz Gralewski i jego ludzie będą na listach najbogatszych Polaków już za kilka lat? A razem z nimi Robert Lewandowski?

Ja temu projektowi mocno kibicuję, ponieważ najzwyczajniej w świecie jest on dobrze pomyślany. Nie ma tu jakiegoś ślepego wierzenia w przychody z reklam. Wiadomo, że przy pewnej skali działalności i to się opłaci. Ale powiedzmy sobie szczerze: prawdziwe pieniądze są wtedy gdy tworzysz produkty i ktoś za niego płaci. ZnanyLekarz ma to doskonale opracowane!

Mam wrażenie, że w miarę upływu lat będzie coraz głośniej o projekcie (i to nie tylko na naszym lokalnym rynku, ale przede wszystkim w skali globalnej). Pomysł jest świetny. Wystarczy tylko wytrwale zdobywać kolejne przyczółki. Choć jak mówią twórcy na razie nie będą oni się brać za kolejne rynki. Jednak nie okłamujmy się: to tylko kwestia czasu! Marka jest już znana w Polsce i stopniowo zdobywa kolejne rynki zagraniczne. Jedyne czego można chcieć to włączenie się do walki o Stany Zjednoczone. Wiadomo, że jest to ogromny rynek, w którym można naprawdę dużo ugrać. Widać jednak, że Gralewski i jego ludzie dozują sobie które rynki będą zdobyte. Może to i dobrze, bo gdy będą walczyć o Stany, to będą mieć naprawdę wyjątkowe doświadczenie! Powodzenia!

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

Wszyscy, którzy wychowywali się w latach 90tych z pewnością pamiętają konsolę do gier video o pięknej nazwie Pegasus. Czym ona była? Dlaczego była taka tania? Oraz co sprawia, że w wiele z gier zagralibyśmy również dzisiaj?

Pegasus to było czyste piractwo! Fakt może i przez jakiś czas konsola ta znajdywała się w sklepach, ale my użytkownicy pamiętamy ją bardziej z miejskich bazarów. Konsola i kartridże na kocu to był standard do jakiego przywykliśmy. Co jednak sprawiło, że dzisiejsze konsole kupujemy w prestiżowych sklepach z elektroniką, a tamtą kupowaliśmy na bazarze? :). Odpowiedź jest zawarta w początku tego akapitu: to czyste piractwo. Czasy, które właśnie wspominam, to były czasy, w których dopiero regulowana była kwestia praw autorskich. Już wtedy jednym z największym producentów konsol było Nintendo. To samo, które dzisiaj znamy z Gameboya, czy stacjonarnych platform.

Wtedy właśnie powstały dwa genialne wynalazki w zakresie domowej rozrywki: NES i SNES. NES, czyli Nintendo Entertainment System, był w świecie konsol tym, czy Ford T w świecie motoryzacji. Konsola nie charakteryzowała się pięknym designem, ale pojawiały się na nią najlepsze gry. SNES był kolejną generacją NESa z przedrostkiem Super, który miał lepsze parametry techniczne i co za tym idzie: często bardziej rozbudowane gry (a na pewno ładniejsze graficznie). Dzisiejsze pokolenie może pukać się w głowę, gdy my z nostalgią wspominamy gry na NESa i SNESa. Aczkolwiek niemal każdy potrafi się zaangażować w przejście słynnego Super Mario Brosa.

Pegasus był pirackim połączeniem dwóch wymienianych przeze mnie konsol. Ponieważ gry na NESa zajmowały mniej miejsca na kartridżu to cudownym wynalazkiem naszych wschodnich sąsiadów było wgrywanie wielu gier na NESa na jeden nośnik. Gry SNESa zajmowały najczęściej jeden cały kartridż. W czasach rodzącego się polskiego drapieżnego kapitalizmu wielu cudzoziemców sprzedawało ten piracki wynalazek na targowiskach w niemal wszystkich miastach naszego kraju. Czy szło na tym zarobić godziwe pieniądze? Prawda jest taka, że większość z nich łączyła te sprzedaż również z innymi artykułami. Jednak w podsumowaniu należy wziąć pod uwagę, że skoro tak wiele osób sprzedawało tę piracką konsolę i gry, to musiało się to opłacać.

Czego nie mają dzisiejsze konsole, a co miał Pegasus? Na dobry początek warto wspomnieć o ulotności efektów naszej pracy. Zapisywanie stanu gry pojawiło się dopiero w konsolach nowszej generacji takich ja PlayStation i Nintendo 64. Tutaj grało się tak długo, jak miało się życia. Potem należało grać od nowa. Mimo, że dzisiejszych graczy brak tej opcji może mocno zirytować, to wtedy ta efemeryczność dodawała piękna rozgrywce. Drugą kwestią jest grafika to fascynujące jak kilka kolorowych pikseli potrafiło pobudzić naszą wyobraźnię. Dzisiaj wszystko jest podane na tacy. Wszelkie trójwymiarowe opcje sprawiają, że już nic nie musimy sobie wyobrażać. To samo tyczy się dźwięku. W najnowszych konsolach są gry z bajeczną ścieżką dźwiękową a na Pegasusie mieliśmy do czynienia z efektami dźwiękowymi na poziomie pierwszych dzwonków w komórkach.

Czy to, że wiele osób tęskni za tamtymi czasami jest spowodowane zakończeniem etapu dzieciństwa, czy może ten Pegasus coś w sobie miał? Myślę, że jedno i drugie. Nie znaliśmy trójwymiarowych gier takich, jak mamy dzisiaj. Te kilka pikseli i archaiczna ścieżka dźwiękowa potrafiły nam dać coś niezapomnianego. Należy jednak podkreślić, iż wiele gier z tamtych czasów miało coś, czego nie ma wiele gier dzisiaj: ultragrywalność! Pamiętaj drogi czytelniku, że poza efektami audio i video jest jeszcze coś dużo ważniejszego, czyli grywalność!

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

Ostatnimi czasy chętnie oglądam serial Bodo, który pokazuje barwne życie Eugeniusza Bodo jednego z największych przedwojennych amantów. Oglądając serial o tamtych czasach człowiek uświadamia sobie jak wiele się zmieniło. Jednym ze znaków naszych czasów jest fakt, że seriale (wieloodcinkowe produkcje) stały się podstawą krajobrazu mediów. Czy można je nazwać sztuką? Jakie pieniądze zarabiają aktorzy grający w najpopularniejszych serialach? Jak bardzo rozwinie się ten rodzaj sztuki filmowej?

Wiele seriali stało się kultowych za czasów ich emisji. Jak to się zaczęło? Tego pewnie już nikt nie pamięta. Obstawiam, że zaczęło się od adaptacji książek, które trudno było zmieścić w jednym filmie. Praktycznie mało jest filmów, które mają powyżej 2 godzin. Pamiętam hitowy film Dawno temu w Ameryce, który miał trzy godziny. Wtedy raczej trudno było zrobić z tego serial. Z jednej strony to było za mało materiału na serial, a z drugiej strony za dużo na film. Jeden z ostatnich dłuższych filmów, które pamiętam to Titanic. Fakt, że minęło już tyle lat świadczy o tym, że takie filmy są rzadkością.

Jakie są zarobki gwiazd serialowych? Wielomilionowe! Hugh Laurie, który grał Doktora House, u szczytu popularności serialu otrzymywał milion dolarów za odcinek! Kwota niebagatelna biorąc pod uwagę ilość odcinków w sezonie. Największe gwiazdy seriali są w stanie utrzymywać się praktycznie tylko z grania w tych produkcjach. Wiadomo jednak, że bardzo cenna popularność, którą zdobyli może przekładać się na kontrakty reklamowe. Przykładem może być Kevin Spacey, który wystąpił w reklamach popularnego polskiego banku, czy samochodu. Gaże są ogromne. Wynika to jednak z faktu, że najpopularniejsze seriale są emitowane w większości krajów świata, a ich twórcy odcinają kupony od sławy. Wiele gwiazd zdobyły ogromną popularność dzięki serialom i zaczęło grać w firmach (jak na przykład Jennifer Aniston w Przyjaciołach). Ja jednak dostrzegam odwrotny trend, w którym gwiazdy wielkiego ekranu podążąją w kierunku srebrnego ekranu (jak chociażby Laurence Fishburne).

Większość gaż może zostać owiana tajemnicą. Ci, którzy mówią otwarcie ile zarabiają mają czym się chwalić. Jaka jest jednak przyszłość seriali? Wszystko zmierza w kierunku internetu. Platformy takie, jak Netflix szturmem zdobywają kolejnych internautów. Tutaj zasady są odmienne, ponieważ publikowany jest od razu cały sezon. To internauta decyduje w którym momencie zdecyduje się go obejrzeć. W podobnym kierunku idą nawet polskie telewizje, która starają się publikować na bieżąco odcinki seriali na ich serwisach VOD. Czy dojdzie do tego, że publikacje te zaczną żyć własnym życiem i sezony będą publikowane w całości? Myślę, że na razie nam to nie grozi. W dużym stopniu telewizja wciąż trzyma się mocno!

Seriale stały się kolejnym etapem w rozwoju kinematografii. Najpopularniejsze z nich mają widownię porównywalną z najlepszymi filmami kinowymi. Tak naprawdę można zauważyć dwa najpopularniejsze trendy w kręceniu kolejnych odcinków. Pierwszy to łączenie ze sobą fabuły tak, że trudno oglądać czwarty odcinek nie znając drugiego. Drugi trend to konstruowanie odcinków w taki sposób, aby główny wątek dział się w jednym odcinku. Który trend wygra? Bardzo trudno powiedzieć, bo wybór zależy od konkretnego serialu. Myślę, że najważniejsze, aby wciągnąć widza. Na chwilę obecną wygrywają przede wszystkim seriale amerykańskie, które mają największy potencjał na międzynarodowy sukces. Może to jednak angielski jest najlepiej akceptowany przez widzów z innych krajów, a może seriale te mają genialną dystrybucję. Czy tego chcemy czy nie z roku na rok będą powstawać kolejne seriale. Każdy ma jakieś swoje ulubione tak jak ma się ulubioną książkę. A internet dodaje tej sytuacji smaku!

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

Miało miejsce wielkie święto firmy Google, która zaprezentowała na swojej konferencji kierunki, w których chce prowadzić programistów. Oczywiście to oznacza również, że zwykli użytkownicy dowiedzą się wiele na ten temat. Takie cuda jak Google Assistant, który pozwoli nam wybrać film i jednocześnie zamówić bilety na niego, czy zupełnie nowe urządzenie Google Home, które przypomina głośnik i tworzy nowy wymiar korzystania z usług Google robią wrażenie. Ja jednak w tym felietonie chciałbym się skupić na innym zaprezentowanym rozwiązaniu, czyli Google Allo.

Razem z Allo została zaprezentowana druga aplikacja Duo. Są one siostrzanymi aplikacjami, które będą się nawzajem wspierać. Jej innowacyjność polega a tym, że wyświetla nam się wideo od osoby, która do nas dzwoni, zanim to odbierzemy. Nie wiem czy to doby pomysł, aby rozdzielać funkcjonalność komunikatora na dwie aplikacje jednak Snapchat zaczyna sobie z tym radzić. Wróćmy jednak do esencjonalnej wartości tego felietony nowy wymiar komunikacji od Google.

Aktualnie ebiznes stoi komunikatorami. Microsoft ma Skype'a, a Facebook Messengera i Whatsapp'a. Snapchat wyrasta na giganta internetowej ery. Co na to wszystko Google? I tutaj rodzi się problem. Tak, jak Google ma problem z własną społecznościówką, tak samo ma problem z komunikatorem. Ciężko nawet zliczyć ile było podejść do tego, aby stworzyć taką aplikację. Większość z nich zakończyła się sromotną porażką. Na dzień dzisiejszy YouTube ma własny komunikator, istnieją cały czas Hangouty. Właściwie do końca nie wiadomo o co temu Google chodzi!

W dobie posiadania największego systemu operacyjnego na świecie (jakim jest Android) firmie bardzo zależy, aby zawładnąć również komunikacją między użytkownikami. To co jest na wielki plus, to logowanie się poprzez numer telefonu. Bardzo podoba mi się ten pomysł, bo na początek sporym problemem jest uzyskanie bazy użytkowników. Czy to jednak wystarczy, aby stać się liderem tego rynku?

Nie widzę w relacjach z konferencji nic przełomowego, co sprawiałoby, że ten komunikator będzie zupełnie inny od wszystkich. Ale może nie do końca o to chodzi. Z tego, co pamiętam to firma Heinz przez lata mówiła o tym, żeby robić proste rzeczy najlepiej jak się da. Myślę, że właśnie prostota jest kluczem do sukcesu, na którym tak zależy Google. Mają oni największą wyszukiwarkę na świecie, fenomenalnego klienta poczty, czy lidera na rynku systemów operacyjnych. Dlaczego również na polu komunikatorów nie mieliby być number one?

Pamiętajmy, że Google to nie są pojedyncze aplikacje. Potęga tej firmy polega na ekosystemie. Co oznacza, że w Google Allo będzie na przykład wspomniany asystent. Po doniesieniach na temat tego, co planuje zrobić Facebook informacja o takiej integracji w ekosystemie Google jest bardzo istotna. Przypomnijmy: już dziś można zamówić kierowcę Ubera przez aplikacje Facebooka, a specjalne boty mają sprawić, że kontakt z firmami będzie dużo szybszy i łatwiejszy.

Również w Allo mają się pojawić boty, które będą mogli tworzyć programiści. Nie wiem na ile to wszystko będzie inteligentne i będzie w tym czuć ludzką stronę. Wiadomo, że dobrze byłoby, aby ta cała sztuczna inteligencja była jak najbardziej ludzka. Rozwój w tym kierunku jest nieunikniony, mimo że informatycy mówią, że komputery nie potrafią myśleć.

Myślę, że Google nie odpuści dopóki nie stworzy lidera na rynku komunikatorów. I ja im życzę jak najlepiej, bo w walce o klienta korzysta właśnie ten klient.

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

Średnio co kilka dni można trafić na strony pokroju Kwejka, czy Demotywatorów, które mają w planie podbić polski internet. Co sprawia, że tych stron pojawia się aż tak dużo? Czy mają jeszcze szanse podbić serca internautów?

Demotywatory to nie jest polski pomysł! Właściciel strony podpatrzył koncept za granicą i genialnie go skopiował. Jak się okazało specyfika polskich internautów sprawiła, że koncepcja Demotywatorów w Polsce różni się od koncepcji Demotywatorów na świecie. Chodzi o to, że polskie demotywatory są znacznie mniej... demotywujące :). Złotym gralem tego typu stron jest sprawić by jak najwięcej internautów wpisywało adres w przeglądarce z ręki, a nie trafili na nie z portali społecznościowych. Właściciel Kwejka chwalił się w jednym z wywiadów, że większość internautów trafia do niego właśnie w ten sposób.

Zasadniczym powodem dlaczego powstaje tak dużo tego typu stron jest niska bariera wejścia. Tak naprawdę najważniejsza kwestia jest taka, aby mieć napisaną aplikacje webową. Średnio rozgarnięty programista jest w stanie to spokojnie zrobić, ponieważ nie jest to jakaś złożona aplikacja. Oczywiście wiadomo: z czasem będzie ona rozbudowywana, ale podstawowe funkcjonalności można zrobić dość szybko.

W momencie kiedy wszystkim się wydawało, że karty są już rozdane między Demotywatorami i Kwejkiem, to pojawiła się silna konkurencja: bezuzyteczna.pl. Portal, który w mgnieniu oka zdobył ogromną popularność. Szczerze mówiąc bardzo pluję sobie w brodę, bo zanim powstawał ten portal pojawiło się wiele stron w tym rodzaju - rzeczy nazwane: niebywale, czy imponujacefakty. Widziałem, że będzie to trend wznoszący i jest to nisza, w której można zabłysnąć. Mimo tego nie zrobiłem takiej strony i dziś to właśnie bezuzyteczna króluje na polskich łączach internetowych :).

I po raz kolejny wydaje się, że karty są już rozdane a mimo to jak to mówią ekonomiści: ekonomia się zmienia, ale historia się powtarza. Może nie w ten sam sposób, ale się powtarza. Myślę więc, że jest miejsce dla kolejnych stron tego typu. Oryginalny pomysł i profesjonalne wykonanie praktycznie gwarantują sukces. Tak naprawdę wydaję mi się, że wiele osób, które planują biznes znajdują się w pułapce małego tortu. Spokojnie! Na tym rynku jest miejsce dla wielu graczy. Fakt jednak, że nie jest to system aukcji internetowych (w którym pierwszy bierze wszystko) powinien dodatkowo motywować.

Jak dotąd żaden z tego typu portali nie zawalczył o światowe rynki. Większość z nich ma polsko-brzmiące nazwy i najprawdopodobniej boi światowej konkurencji. W moim odczuciu najbliżej >światowej kariery< mógłby być Kwejk, który ma dobrą nazwę, oraz bardzo dobrze przemyślany koncept. Przeraża mnie to, ze większość tych portali oparła swój model biznesowy na reklamach internetowych. Oczywiście: przy dużej skali działalności da się na tym zarobić! Jednak warto dywersyfikować źródła przychodów i pomyśleć na przykład o kontach premium. Na chwilę obecną JoeMonster ma coś takiego (jego właścicielem jest ta sama osoba, co demotywatorów).

Czy jest miejsce dla jeszcze jednego dużego gracza? Są dwie szkoły biznesu: 1. Muszę mieć coś super innowacyjnego, czego nikt inny nie wymyślił, robić błękitne oceany itd. 2. Na tej ulicy jest 10 sklepów z pamiątkami i każdy się utrzymuje, to ja otworzę 11 i też się utrzymam, bo skoro one tu są to znaczy, że jest rynek. W gruncie rzeczy najwięksi gracze nie różnią się od siebie aż tak bardzo, więc mamy do czynienia bardziej z drugą szkołą. Nie trzeba wymyślać prochu, można jedynie coś udoskonalić i znaleźć swoją niszę :). Jeśli myślałeś o ebiznesie, to może warto pomyśleć o takiej stronie. Ale ostrzegam: jest ich multum, więc trzeba mieć dobry pomysł (może niekoniecznie taki który wywróci wszystko do góry nogami:).

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
Coraz bliżej kosmosu 2016-05-08 16:26
 Oceń wpis
   

Jeden z najczęściej oglądanych polskich youtuberów powiedział, że nasze czasy to nie są jeszcze naprawdę wyjątkowe czasy. Prawdziwą rewelacją zacznie być moment, w którym rozpoczniemy podbijać kosmos. Czy to wydaje się na dzień dzisiejszy możliwe? Jak zapatrują się na to najbogatsi ludzie na świecie? Co przyniesie przyszłość (ta niedaleka i ta całkiem odległa)?

Człowiek patrzy w kierunku nieba już od wieków. Jak zauważył ksiądz-ekonomista-astronom Mikołaj Kopernik: Słońce nie kręci się wokół Ziemi, bo mamy do czynienia z układem heliocentrycznym, w którym jest odwrotnie. Na Średniowiecze była to bardzo odważna teza. Jak powiedział mój historyk z młodszych lat: przed stosem Kopernika uratowało to, że umarł :). Minęło kilkaset lat, a my, ludzie, ciągle patrzymy z marzeniami w niebo. Pierwszym krokiem było dorównanie ptakom i wzbicie się w powietrze. Za jak wielkich szaleńców musiano brać ludzi, którzy pragnęli latać! Dzisiaj dzięki wynalazkowi, jakim jest samolot świat się skurczył. Tak, jak kiedyś trzeba było wsiąść na statek do Ameryki i płynąć długie tygodnie, tak dzisiaj wystarczy kilkanaście godzin!

Pamiętam ciekawostkę, która mówiła, że wpływowy urzędnik w XIX wieku domagał się zamknięcie Urzędu Patentowego, bo jak uważał wszystko już wynaleziono. XX wiek, oraz początek XXI wieku pokazują jak bardzo się mylił. Jakiś czas temu na tym blogu pojawiły się dwa felietony zatytułowane Internet się dopiero zaczyna. Jak odnieść ten tytuł do kosmosu? Z pewnością Kosmos się nawet jeszcze nie zaczął. Jesteśmy w epokowym momencie, w którym najtęższe mózgi na świecie pracują nad tym, aby stworzyć drogę do podboju kosmosu. I choć filmy SF robią furorę od lat, to są to raptem wizje tego, co może się stać. Czy istnieją kosmici? Podobno Albert Einstein powiedział, że najlepszym dowodem na to, że oni istnieją jest fakt, że się z nami nie kontaktują. Są nawet teorie spiskowe, które mówią, że kosmici potajemnie rządzą naszym światem :).

Odchodząc od tematu kosmitów, który pewnie na razie zostanie tylko marzenie twórców filmów SF, myślę, że branża kosmiczna będzie coraz bardziej rosła na znaczeniu. A to będzie wiązało się z rozwojem wysokich technologii. Nie jest oczywiście tajemnicą, że wiele dzisiejszych wynalazków, które mamy na co dzień zawdzięczamy NASA. Ten trend będzie narastał, ponieważ NASA nie ma już monopolu na podbój kosmosu. Coraz więcej krajów się w to angażuje. W tym Chiny. A co na to najbogatsi ludzie na świecie?

Wielu miliarderów zdobyło swoje pieniądze w ziemskich branżach po to, aby aktualnie zapatrywać się w kierunku branży kosmicznej. Mam wrażenie, że w tym wypadku nie chodzi im już tak bardzo o pieniądze, bo je oni już mają. Mają wielkie wizje, które chcą urzeczywistnić. Tacy ludzie, jak Branson, Musk, czy Bezos pokazują, że świat się zmienia. A właściwie to wszechświat się zmienia! Staje się on coraz bardziej dostępny. Oczywiście tak, jak zauważyłem, to dopiero początek drogi, która wiedzie przez setki nieudanych prób. Cel jednak jest dla wszystkich bardzo podobny: podbój kosmosu. Są już nawet produkcje telewizyjne, które szukają ludzi, którzy polecą na Marsa. Ile w tym prawdy, a ile marketingu? Tego tak naprawdę nie zbadałem :).

Czy Kosmos jest dla nas bardziej dostępny niż jeszcze wiek temu? Z pewnością tak. Udało się wylecieć w kosmos, czy stanąć na księżycu. Udało się wylądować sondą na Marsie i zbierać na temat tej planety dane. To jednak dopiero początek! I myślę, ze wszyscy mają co do tego pewność. Czekają nas lata wielkich odkryć! To, coś podobnego do odkrycia Ameryki przez Kolumba. Sami nie wiemy jak daleko sięga królicza nora.

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
 Oceń wpis
   

W mijającym tygodniu gruchnęła wieść, że sprzedaż iPhonea spadła o kilkanaście procent. Podobnie pospadała sprzedaż pozostałych urządzeń ze stajni nadgryzionego jabłka. Co to oznacza dla Apple? A co to oznacza dla świata? Czy to początek końca pewnej epoki?

Temat dochodzenia przez Apple do wielkości był wałkowany wielokrotnie również na tym blogu. Historia buntownika Jobsa jest jedną z najbardziej romantycznych historii przełomu wieków. Wielkie odejście i wielki powrót. Powstają na ten temat książki i filmy (kto wie może doczekamy się nawet gry komputerowej). Główna idea tego buntownika to wprowadzenie świata w erę Post-PC, czyli kolejny etap w rozwoju komputeryzacji. I choć desktopy całkowicie nie umarły to widać jak smartfony i tablety przejmują ogromną ilość ich zadań. I w tym wszystkim jest iPhone jeden z największych hitów sprzedażowych wszech czasów.

Czy świat wyglądałby inaczej bez iPhonea? Myślę, że ktoś na koncept smartfona jednak by wpadł. Tym bardziej, że wcześniej były takie urządzenia. A zdecydowanie największą innowacją, którą wprowadził Jobs był mistrzowska sprzedaż. Już za czasów pierwszych Macintoshy Jobs robił fantastyczne konferencje, które trafiały do dość sporej (jak na tamte czasy) publiczności. Jednak to, czego dokonał odnośnie prezentacji urządzeń z >i< w nazwie przebiło wszystko to, co było dotychczas znane. I tak dochodzimy do roku 2016, gdzie Jobsa już nie ma, a sprzedaż iPhone spada o kilkanaście procent.

Nie jest tajemnicą, że iPhone odpowiada za 3/4 dochodów giganta z Cupertino. Informacja o spadku sprzedaży może okazać się bardzo bolesna w skutkach. To już nawet nie chodzi o to, że firma zarobi mniej. Akurat na ilość pieniędzy Apple nie może narzekać. Tutaj chodzi o trend, który może rosnąć w siłę. To może świadczyć o tym, że ludzie powoli będą się odwracać od najpopularniejszego smartfona w dziejach na rzecz głównie azjatyckiej konkurencji. I choć pierwsze iPhoney nie były idealne, to ich obecne generacje są bliskie ideału. Tu jednak nie chodzi o korzyści płynące z funkcjonalności, tylko o... modę.

Jakiś czas temu w felietonie na tym blogu zachwycałem się tym, że tak naprawdę iPhone to tylko dwa rodzaje produktu: normalny oraz plus. Podczas gdy konkurencja mu multum modeli. Tak, jak wtedy się tym zachwycałem, tak teraz nie wiem czy nie jest to jego słabość. Świat idzie w coraz większe dopasowywanie produktu do klienta. W tym samym czasie iPhone różni się praktycznie tylko wielkością dysku twardego. Pojawiają się oczywiście firmy, które dostosowują ten produkt np. dodając złotą obudowę. Czy to w dopasowaniu do użytkownika tkwi problem Apple? Z pewnością nie jest to bez znaczenia!

Druga kwestia jest znacznie bardziej prozaiczna a może iPhone się ludziom znudził? Tak, jak mówiłem: kwestia mody jest tym, co mocno działa na konsumentów. Taki sam problem ma dzisiaj Coca-Cola, która zastanawia się jak trafić ze swoim napojem w modę na zdrowy styl życia. Nie pomogła nawet Coca-Cola Life. Sytuacja ludzi ciągle się zmienia i ciągle zmieniają się ich zachcianki. Moda na iPhonea trwa już dość długo. Trend, w którym sprzedaż maleje, ponieważ ludzie szukają nowinek jest całkiem normalny.

Oczywiście nie jest powiedziane, że Tim Cook z zespołem nie wymyślą w nowej generacji iPhonea czegoś takiego, że świat jeszcze bardziej oszaleje na jego punkcie, a sprzedaż tak, jak teraz nieco zmalała, tak zaraz zacznie na nowo rosnąć. Najważniejsze abyśmy zyskali na tym my klienci.

Pozdrawiam!

Paweł F. Kowalski

 
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |


Najnowsze komentarze
 
2016-10-06 09:48
MateuszCzech do wpisu:
Cudze chwalicie swego nie znacie!
Cześć Paweł! Dzięki za tak wiele miłych słów na temat Brand24 - to dla nas bardzo budujące i[...]
 
2016-04-11 19:43
ostatniKlient do wpisu:
Co dalej z Allegro?
allegro strzela sobie w kolano, już sami zaczęli sprzedawać jako GRUPA ALLEGRO taniej od swoich[...]
 
2016-03-06 03:38
Udjsjsjs do wpisu:
BlaBlaCar: czy za damo umarło?
Typowy pokaczek.wszystko za darmo....tam pracuja ludzie...to duza firma...z czegos musza zyc...
 




Kategorie Bloga



Ulubione blogi